Spis treści
Rząd w Londynie zdecydował się na ryzykowny balans między marchewką a kijem. Z jednej strony Wielka Brytania dosypuje do worka z dopłatami gigantyczną kwotę 1,3 miliarda funtów, by ratować sprzedaż aut na prąd. Z drugiej – politycy oficjalnie zapowiedzieli rewolucję podatkową. Od 2028 roku posiadacze elektryków zapłacą za każdy przejechany kilometr. To koniec ery darmowego korzystania z dróg przez pojazdy bezemisyjne, a powód jest prozaiczny: dziura budżetowa po malejących wpływach z paliw kopalnych.
Deszcz pieniędzy na ratowanie sprzedaży
Brytyjski rynek motoryzacyjny znajduje się w specyficznym punkcie. Choć w 2024 roku Wielka Brytania była największym rynkiem aut elektrycznych w Europie z wynikiem ponad 382 tysięcy rejestracji, tempo transformacji nie zadowala władz. Rządowy mandat ZEV (Zero Emission Vehicle), który wymusza na producentach określony procent sprzedaży aut bezemisyjnych, okazał się poprzeczką zawieszoną zbyt wysoko. W 2025 roku cel wynosił 28 procent, ale wiele firm osiągnęło go tylko dzięki drakońskim obniżkom cen, które zjadły ich marże.
W odpowiedzi na te problemy, w najnowszym planie budżetowym oficjalnie potwierdzono przeznaczenie dodatkowych 1,3 miliarda funtów na zachęty do zakupu aut elektrycznych. Program ten ma zostać przedłużony aż do 2030 roku. Łącznie, wliczając środki zarezerwowane latem, budżet na ten cel zbliży się do 2 miliardów funtów.
Obecnie system wsparcia, znany jako „Electric Car Grant”, oferuje dopłatę do 3750 funtów na auto, pod warunkiem że jego cena katalogowa nie przekracza 37 000 funtów. Nowy zastrzyk gotówki ma nie tylko utrzymać ten system przy życiu, ale prawdopodobnie początkowo zwiększyć kwoty dopłat, by dać rynkowi nowy impuls. To jasny sygnał dla klientów: „kupujcie teraz, póki państwo dokłada”.
Koniec darmowej jazdy: płacisz za każdą milę
Hojność rządu ma jednak swoją cenę, którą kierowcy zaczną spłacać za niespełna trzy lata. Najbardziej kontrowersyjnym elementem nowego budżetu jest wprowadzenie systemu „pay-per-mile”, czyli opłaty za przejechany dystans. Podatek ten, nazwany Electric Vehicle Excise Duty (eVED), wejdzie w życie w 2028 roku.
Zasady są proste i bezwzględne. Użytkownicy aut w pełni elektrycznych zapłacą 3 pensy za każdą przejechaną milę. Właściciele hybryd typu plug-in (PHEV) zostaną obciążeni stawką 1,5 pensa za milę. Może się to wydawać niewielką kwotą, ale przy typowych przebiegach rocznych, średni koszt posiadania elektryka wzrośnie o około 276 funtów rocznie.
Rząd tłumaczy ten ruch koniecznością „aktualizacji systemu podatkowego do nowoczesnej gospodarki”. W oficjalnym komunikacie podkreślono, że wszystkie samochody przyczyniają się do zużycia dróg, więc sprawiedliwe jest, by elektryki również dokładały się do ich utrzymania. To jednak tylko część prawdy. Głównym powodem jest gwałtowny spadek wpływów z akcyzy paliwowej. Im więcej elektryków na drogach, tym mniej pieniędzy wpływa do kasy państwa ze stacji benzynowych. Skarb Państwa (Treasury) szacuje, że nowy podatek przyniesie 1,1 miliarda funtów w roku podatkowym 2028/29, a do 2030 roku kwota ta wzrośnie do niemal 2 miliardów.
Hybrydy i infrastruktura na celowniku
Nowy system podatkowy uderzy w hybrydy plug-in, choć jednocześnie łagodniej i mocniej. Płacą one mniej za kilometr, ponieważ ich właściciele i tak ponoszą koszty akcyzy paliwowej, tankując benzynę. A ta również nie będzie tania. Rząd planuje podniesienie akcyzy na paliwa kopalne po raz pierwszy od ponad dekady. Obecna, zamrożona stawka ma obowiązywać tylko do lata przyszłego roku, po czym nastąpią podwyżki. Ma to być kolejny argument „wypychający” kierowców z aut spalinowych.
Równolegle do kija podatkowego, rząd stara się rozbudować infrastrukturę. Przeznaczono dodatkowe 200 milionów funtów na rozwój sieci ładowania. Co więcej, wprowadzono istotne ulgi dla biznesu. Firmy budujące stacje ładowania mogą liczyć na 100-procentowe zwolnienie z podatku od nieruchomości (business rates) przez 10 lat. To potężna zachęta dla operatorów, która ma sprawić, że ładowarki staną się powszechnym widokiem, a nie luksusem dostępnym tylko w wybranych lokalizacjach.
Przewidziano również ułatwienia dla firmowych flot. Wprowadzono tymczasowe ulgi podatkowe dla hybryd plug-in użytkowanych jako auta służbowe, co ma zapobiec gwałtownemu wzrostowi kosztów dla przedsiębiorców w obliczu nowych norm emisji. Ulga ta ma obowiązywać do kwietnia 2028 roku.
Czy to zapowiedź przyszłości dla całej Europy?
Sytuacja w Wielkiej Brytanii to doskonałe studium przypadku, któremu powinniśmy się bacznie przyglądać. Londyn jako pierwszy zderza się ze ścianą, która czeka większość europejskich rządów. Promowanie elektromobilności kosztuje miliardy w dopłatach, a jednocześnie sukces tej transformacji oznacza wysychanie źródełka z podatków paliwowych.
Wprowadzenie opłaty od kilometra jest rozwiązaniem, o którym po cichu mówi się w kuluarach wielu europejskich stolic. Model brytyjski pokazuje, że okres „miodowego miesiąca” dla posiadaczy elektryków – zwolnień z podatków, darmowych wjazdów i parkowania – powoli dobiega końca. Elektromobilność wchodzi w fazę dojrzałą, w której staje się standardem, a nie nowinką wymagającą specjalnego traktowania.
Dla producentów samochodów to sygnał, że muszą przyspieszyć prace nad obniżeniem kosztów produkcji. Skoro korzyści eksploatacyjne dla klienta będą maleć (przez nowe podatki), cena zakupu samego pojazdu musi spaść, by oferta pozostała atrakcyjna. W przeciwnym razie cel, jakim jest 80-procentowy udział elektryków w sprzedaży do 2030 roku, pozostanie w sferze marzeń.
Warto też zwrócić uwagę na próg cenowy dla aut luksusowych. Rząd podnosi próg „podatku od luksusu” (Expensive Car Supplement) do 50 000 funtów, ale tylko dla aut bezemisyjnych. To ukłon w stronę klasy średniej-wyższej, która coraz częściej wybiera większe elektryczne SUV-y, których ceny często przekraczały dotychczasowe limity.
Co dalej z rynkiem?
Decyzja o opodatkowaniu przejazdów może wywołać mieszane reakcje. Z jednej strony, jest to logiczne następstwo transformacji. Z drugiej – psychologiczny efekt „płacenia za każdą milę” może zniechęcić część niezdecydowanych nabywców, którzy do tej pory traktowali tania eksploatację jako główny argument za porzuceniem silnika spalinowego. Rząd liczy jednak, że 1,3 miliarda funtów w dopłatach osłodzi tę gorzką pigułkę.
Najbliższe lata na Wyspach będą testem, czy kierowcy zaakceptują nowy ład, w którym auto elektryczne jest tańsze w zakupie dzięki państwu, ale jego używanie jest ściśle opomiarowane i opodatkowane.
A Wy jak oceniacie pomysł podatku od przejechanych kilometrów dla aut elektrycznych? Czy to sprawiedliwe rozwiązanie rekompensujące zużycie dróg, czy może skuteczny sposób na zabicie popytu na elektromobilność? Dajcie znać w komentarzach!













Dołącz do dyskusji