Spis treści
Polska i Europa przyzwyczaiły nas do myślenia o infrastrukturze dla aut elektrycznych przez pryzmat gigantycznych dotacji i wielkich mocy. Tymczasem na drugim końcu świata, w Australii, zachodzi właśnie cicha rewolucja w podejściu do elektromobilności. Kraj ten, choć zamożny, nie dysponuje tak hojnymi funduszami pomocowymi jak Unia Europejska. Brak „darmowych” pieniędzy wymusił na Australijczykach pragmatyzm, którego nam wciąż brakuje. Zamiast ścigać się na liczbę super szybkich stacji, tamtejsi eksperci stawiają sprawę jasno: fundamentem systemu ma być zwykłe gniazdko elektryczne.
Domowe ładowanie to podstawa biznesu
Podczas gdy u nas debatuje się o budowie hubów ładowania przy autostradach, australijscy zarządcy flot przygotowują plany na rok 2026 z zupełnie innej perspektywy. Eksperci z antypodów zwracają uwagę, że najtańszym, najbezpieczniejszym i najbardziej niezawodnym rozwiązaniem dla firm jest ładowanie samochodów w domach pracowników.
Claire Painter z firmy Jet Charge, jednego z liderów tamtejszego rynku, stawia sprawę bez ogródek. Najsilniejszym fundamentem dla flot są ładowarki w prywatnych garażach zatrudnionych osób. Takie rozwiązanie gwarantuje zerowy czas przestoju pojazdu w godzinach pracy. Auto ładuje się wtedy, gdy pracownik śpi, a rano jest gotowe do działania z pełnym zasięgiem. Dla samochodów służbowych, które pokonują umiarkowane dystanse, to koniec zjawiska lęku przed rozładowaniem (range anxiety) i drastyczna redukcja biurokracji związanej z rozliczaniem faktur za publiczne ładowanie.
Australijczycy poszli o krok dalej, tworząc modele biznesowe, które u nas wciąż raczkują. Pojawili się pośrednicy, tacy jak wspomniane Jet Charge, którzy montują infrastrukturę u pracownika, pozostają jej właścicielem i biorą na siebie ryzyko operacyjne. Firma płaci za usługę, pracownik ma naładowane auto, a rozliczenie kosztów prądu dzieje się automatycznie. W Polsce, gdzie rozliczenie ładowania auta służbowego w prywatnym domu wciąż bywa księgowym koszmarem, takie podejście brzmi jak pieśń przyszłości.
Mit szybkiej ładowarki
Fascynacja szybkimi stacjami DC (prądu stałego) jest w Australii skutecznie chłodzona przez twarde dane. Charlie Richardson z NOX Energy apeluje do samorządów i firm o zmianę myślenia. Jego zdaniem 99 procent potrzeb transportowych można zaspokoić za pomocą znacznie tańszych i wolniejszych rozwiązań AC. Połowa wszystkich właścicieli elektryków w Australii korzysta ze zwykłego gniazdka zaledwie dwa razy w tygodniu.
Budowa stacji szybkiego ładowania to ogromne koszty – nie tylko samego urządzenia, ale przede wszystkim przyłącza energetycznego. Wymaga to często postawienia nowych transformatorów i ciągnięcia grubych kabli. Zwykłe gniazdko lub prosta ładowarka naścienna (wallbox) wykorzystuje istniejącą infrastrukturę. Przesuwa to obciążenie sieci na godziny nocne, co jest zbawienne dla stabilności systemu energetycznego. Australijczycy zrozumieli, że samochód stoi przez większość swojego życia. Nie ma sensu pompować w niego energii z mocą 150 kW w ciągu 20 minut, skoro może pobierać 7 kW przez całą noc, nie obciążając sieci.
Inteligentne zarządzanie zamiast grubych kabli
Wraz ze wzrostem liczby aut elektrycznych w firmowych bazach, pojawia się problem mocy przyłączeniowej w siedzibach przedsiębiorstw. Tu również australijskie podejście jest pouczające. Zamiast inwestować miliony w rozbudowę przyłączy, stawia się na inteligentne zarządzanie obciążeniem (load management).
Christopher Munnings z firmy Exploren ostrzega, że powyżej 10 ładowarek w jednej lokalizacji system zarządzania staje się koniecznością. Celem jest uniknięcie kosztownych modernizacji sieci poprzez inteligentny podział dostępnej mocy. System sam decyduje, które auto ma priorytet, a które może poczekać, unikając w ten sposób przekroczenia limitów mocy i „wybicia korków”. W roku 2026 menedżer floty będzie musiał być równie biegły w obsłudze narzędzi cyfrowych, co w logistyce.
Samorząd jako facilitator, nie operator
Ciekawym wątkiem jest rola władz lokalnych. W Polsce gminy często same próbują budować stacje lub czekają, aż zrobi to duży operator energetyczny. W Australii radzi się samorządom, by nie wchodziły w rolę operatorów sieci. Ich zadaniem jest planowanie i ułatwianie.
Samorządy powinny skupić się na tym, by nowe osiedla i centra handlowe miały zapewnioną odpowiednią moc przyłączeniową już na etapie projektu. Publiczne ładowarki na terenach gminnych mają służyć społeczności i wyrównywać szanse, na przykład dla kierowców niemających własnych garaży, a nie generować zyski porównywalne z komercyjnymi stacjami przy autostradach. Zaleca się unikanie „pozłacania” infrastruktury – ma być ona prosta, skalowalna i dostępna, a niekoniecznie najszybsza na rynku.
Polska rzeczywistość skrzeczy
Patrząc na australijski pragmatyzm, trudno nie odnieść wrażenia, że w Polsce próbujemy budować dom od dachu. Skupiamy się na medialnych otwarciach szybkich stacji, podczas gdy leży podstawowa kwestia: prawo do gniazdka. W Australii system zachęca do montażu punktu ładowania tam, gdzie auto spędza noc. U nas montaż wallboxa w garażu podziemnym bloku wielorodzinnego to wciąż droga przez mękę i walka ze wspólnotą mieszkaniową.
Brak możliwości ładowania w miejscu zamieszkania to główna bariera rozwoju elektromobilności w Polsce. Infrastruktura przyuliczna, czyli słupki ładowania w latarniach czy przy krawężnikach na osiedlach, praktycznie nie istnieje. Tymczasem to właśnie tam, a nie na stacjach benzynowych, powinna odbywać się większość procesu uzupełniania energii.
Przyszłość, jaką rysują eksperci z antypodów, jest jasna: wraz ze wzrostem liczby elektryków, poleganie wyłącznie na publicznych, szybkich ładowarkach doprowadzi do zatorów. Kolejki do ładowarek staną się codziennością, jeśli nie przeniesiemy ciężaru ładowania do domów i biur. Australijczycy już to wiedzą i przygotowują się na ten scenariusz, decentralizując sieć. My wciąż tkwimy w modelu „stacji benzynowej”, gdzie jedzie się po paliwo, zamiast modelu „smartfona”, którego ładujemy tam, gdzie akurat jesteśmy.
Jeśli polskie przepisy i podejście zarządców nieruchomości nie ulegną zmianie, czeka nas bolesne zderzenie z rzeczywistością. Szybkie ładowarki są niezbędne w trasie, ale opieranie na nich codziennej eksploatacji w mieście to ślepa uliczka – zarówno ekonomiczna, jak i logistyczna. Ciekaw jestem Waszych doświadczeń – czy macie możliwość ładowania auta w domu lub pracy, czy jesteście skazani na publiczne ładowarki? Dajcie znać w komentarzach, jak wygląda Wasza walka o dostęp do prądu.














Dołącz do dyskusji