Spis treści
Walentynki w tym roku będą miały dla fanów Tesli słodko-gorzki smak. Elon Musk oficjalnie potwierdził to, o czym spekulowano od dawna. Amerykański producent kończy ze sprzedażą pakietu Pełnej Zdolności do Samodzielnej Jazdy (FSD) jako jednorazowego dodatku do samochodu. Po 14 lutego 2026 roku system ten będzie dostępny wyłącznie w modelu subskrypcyjnym. To nie tylko zmiana cennika, ale kompletne przemodelowanie filozofii firmy, które ostatecznie grzebie narrację o „rosnącej wartości” tych pojazdów.
Decyzja została ogłoszona przez Muska na platformie X. Szef Tesli postawił sprawę jasno: „Tesla przestanie sprzedawać FSD po 14 lutego. Od tego momentu FSD będzie dostępne tylko jako miesięczna subskrypcja”. Ruch ten kończy wieloletnią epokę, w której kierowcy mogli wyłożyć na stół kilka lub kilkanaście tysięcy dolarów (w Polsce 39 000 zł), by wykupić dożywotnią licencję na oprogramowanie, które miało – w teorii – zamienić ich auto w autonomicznego robota.
Upadek mitu o inwestycji w samochód
Przez lata Elon Musk budował narrację, w której zakup FSD był inwestycją. Ostrzegał, że cena pakietu będzie rosnąć wraz z jego możliwościami, aż osiągnie poziom ponad 100 000 dolarów, gdy auto stanie się w pełni autonomicznym Robotaxi. FSD miało być aktywem, które zyskuje na wartości.
Rzeczywistość zweryfikowała te obietnice brutalnie. Cena FSD w USA wahała się drastycznie – od początkowych 5000 dolarów, przez szczytowe 15 000 dolarów we wrześniu 2022 roku, aż do niedawnej obniżki do 8000 dolarów. Przejście na wyłączny abonament to ostateczne przyznanie się do porażki tamtej strategii. Tesla de facto potwierdza, że FSD jest usługą, systemem wspomagania kierowcy poziomu 2, a nie produktem, który gwarantuje przyszłą autonomię bez nadzoru.
Dla klientów, którzy zapłacili w szczycie 15 000 dolarów, ta wiadomość musi być bolesna. Wyłożyli równowartość 12 lat opłacania abonamentu za produkt, który wciąż wymaga trzymania rąk na kierownicy. Teraz Tesla po prostu usuwa możliwość wyboru, co z prawnego punktu widzenia jest dla niej bezpieczniejszym wyjściem. Subskrybent płaci za to, co dostaje w danym miesiącu. Nie kupuje obietnicy „niezorozowanej jazdy w przyszłości”, więc trudniej mu będzie pozwać firmę za niespełnienie tych obietnic.
Matematyka Muska i pogoń za premią
Decyzja o przejściu na abonament ma solidne podłoże finansowe i jest ściśle powiązana z nowym planem wynagrodzeń Elona Muska. Akcjonariusze zatwierdzili w 2025 roku pakiet, który stawia przed miliarderem ambitne cele. Aby jego opcje na akcje mogły zostać zrealizowane, Tesla musi osiągnąć pułap 10 milionów aktywnych subskrypcji FSD.
Obecny model jednorazowego zakupu przestał się spinać. Przy cenie subskrypcji obniżonej do 99 dolarów miesięcznie (w USA) i cenie zakupu 8000 dolarów, zwrot z inwestycji następowałby dopiero po blisko 7 latach. Mało kto decydował się na mrożenie takiej gotówki, zwłaszcza że działanie systemu wciąż budzi kontrowersje. Wymuszenie abonamentu sztucznie napompuje statystyki, których Musk potrzebuje do odebrania swojej gigantycznej premii.
Dla samej Tesli jest to też sposób na ratowanie wyników kwartalnych. Firma straciła wiele dopłat i subsydiów, więc stały strumień gotówki z abonamentów (nawet jeśli będą one włączane tylko okazjonalnie, np. na wakacyjne wyjazdy) wygląda w księgach lepiej niż sporadyczne zakupy drogiego oprogramowania. Wielu użytkowników włączy FSD na miesiąc, by je przetestować, czego nie zrobiliby, mając przed oczami barierę wejścia rzędu kilku tysięcy dolarów.
Konkurencja zmienia reguły gry
Tesla nie działa już w próżni. Rynek systemów wspomagania kierowcy zagęścił się błyskawicznie. Rivian ogłosił właśnie swój system Autonomy+, który wycenił na 50 dolarów miesięcznie lub 2500 dolarów jednorazowo. To ułamek tego, co żądała Tesla. Z drugiej strony mamy Nvidię, która udostępnia platformę dla innych producentów (jak Mercedes), oraz chińskich gigantów, którzy systemy o możliwościach zbliżonych do FSD oferują często w cenie samochodu.
Utrzymywanie zaporowej ceny za „betę” FSD stało się rynkowym samobójstwem. Tesla musiała obniżyć próg wejścia, by zachować konkurencyjność. Model subskrypcyjny pozwala na elastyczność – kierowca może płacić tylko wtedy, gdy faktycznie potrzebuje asystenta na trasie, co jest znacznie bardziej atrakcyjne dla przeciętnego konsumenta niż „inwestowanie” w obietnice Muska.
Co to oznacza dla polskich kierowców?
Choć komunikat Muska dotyczy globalnej strategii, jego skutki w Europie i Polsce mogą być paradoksalnie pozytywne. Obecnie FSD w Polsce kosztuje 39 000 złotych. Biorąc pod uwagę, że europejskie regulacje drastycznie kastrują możliwości tego systemu (czyniąc go w zasadzie bezużytecznym w porównaniu do wersji z USA), zakup tej opcji był finansowym absurdem.
Przejście na model abonamentowy – jeśli ceny zostaną przeliczone analogicznie do rynku w USA (ok. 400-500 zł miesięcznie) – pozwoli polskim kierowcom na bezpieczne testowanie nowości. Gdy w końcu do Europy trafi wyczekiwana homologacja dla FSD (Supervised), nie trzeba będzie ryzykować równowartości małego samochodu miejskiego, by sprawdzić, czy autopilot faktycznie radzi sobie na polskich rondach.
To koniec marzeń o Tesli zarabiającej na siebie jako taksówka, gdy my śpimy. To początek ery, w której za funkcje samochodu będziemy płacić tak samo, jak za Netflixa czy Spotify. Pytanie, czy użytkownicy zaakceptują fakt, że ich samochód nigdy nie będzie „skończonym” produktem, a jedynie platformą do sprzedaży usług.
Jak oceniacie ten ruch? Czy wolelibyście zapłacić raz a dobrze, czy opcja włączania autopilota tylko na wakacyjne wyjazdy bardziej Was przekonuje? Dajcie znać w komentarzach.













Dołącz do dyskusji