Przyjeżdżasz pod ładowarkę, a na miejscu zamiast kabla widzisz tylko uszkodzony słupek. Dla kierowcy auta elektrycznego to nie jest drobna niedogodność, tylko realny problem z dalszą jazdą. Skala takich kradzieży w Polsce rośnie, a najnowsze zatrzymania pokazują, że straty idą już w setki tysięcy złotych.
Trzeci raz w tej samej lokalizacji
ChargeIn poinformował o kolejnym przypadku dewastacji stacji ładowania we Wrocławiu. Do zdarzenia doszło 18 marca nad ranem przy ul. Królewieckiej.
To był już trzeci przypadek w tej samej lokalizacji. Podobne incydenty miały wcześniej miejsce także w innych miastach.
Z punktu widzenia operatora problem nie kończy się na samym przecięciu przewodu. Firma przekazała, że przy kradzieży dwóch kabli koszt naprawy to kilka tysięcy euro, czyli mniej więcej kilkanaście tysięcy złotych. Do tego dochodzą utracone przychody i czas wyłączenia stacji z użytku.
Najbardziej obrywa kierowca
Dla użytkownika EV taki incydent oznacza jedno: stacja widnieje na mapie, ale w praktyce nie da się z niej skorzystać. Jeśli ktoś planuje trasę z małym zapasem energii, uszkodzona ładowarka potrafi wywrócić cały przejazd.
To właśnie dlatego kradzież kabla ma większy ciężar niż zwykłe uszkodzenie mienia. W przypadku stacji ładowania znika element infrastruktury, od którego zależy możliwość dalszej jazdy.
W dużym mieście kierowca zwykle znajdzie alternatywę. Gorzej, gdy chodzi o punkt przy trasie albo miejsce, gdzie kolejna szybka ładowarka jest oddalona o kilkadziesiąt kilometrów.
Problem jest już ogólnopolski
Polskie Stowarzyszenie Nowej Mobilności informowało, że przypadki kradzieży kabli odnotowano już praktycznie w każdym województwie. Łączna liczba zdarzeń idzie w dziesiątki.
Bywało też tak, że w jednym rejonie uszkadzano jednocześnie wiele stacji. We Wrocławiu dochodziło do sytuacji, w których zniszczonych było kilkanaście punktów.
Mechanizm jest prosty. Złodzieje odcinają przewody i sprzedają je jako złom, zyskując kilkaset złotych. Po drugiej stronie zostają szkody liczone w tysiącach albo dziesiątkach tysięcy złotych.
Ta dysproporcja dobrze pokazuje absurd całego procederu. Niewielki zarobek sprawców zamienia się w kosztowny przestój dla operatora i problem dla użytkowników.
Policja już zatrzymuje sprawców
Są też pierwsze wyraźne efekty działań służb. Jak podał łódzki oddział TVP 3, policjanci z Tomaszowa Mazowieckiego zatrzymali dwóch mężczyzn podejrzewanych o serię kradzieży kabli ze stacji ładowania.
Chodzi o 39-letniego mieszkańca Lutomierska oraz 21-letniego mieszkańca Łodzi. Mieli działać na terenie kilku miast województwa łódzkiego oraz sąsiednich regionów.
Łączne straty oszacowano na ponad 450 tys. zł. To kwota, która pokazuje, że nie mówimy już o pojedynczych wybrykach, tylko o kosztownym procederze rozciągniętym na wiele lokalizacji.
Policja przyznaje wprost, że takich przypadków w kraju jest coraz więcej. Cytowana przez media asp. szt. Aleksandra Cieślak wskazała, że w zależności od skali zniszczeń straty mogą wynosić od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych na jedno zdarzenie.
Kary są dużo wyższe niż możliwy zysk
Za kradzież grozi do 5 lat pozbawienia wolności. Jeśli dochodzi do zniszczenia infrastruktury, sprawcy mogą odpowiadać także za zniszczenie mienia.
PSNM zwracało wcześniej uwagę, że takie czyny mogą być kwalifikowane również jako występki o charakterze chuligańskim. To zwiększa ryzyko surowszych konsekwencji.
Branża naciska też na kontrole w skupach złomu. Stowarzyszenie zwróciło się do prezydentów 37 największych miast w Polsce z apelem o kolejne działania wobec punktów, które mogą przyjmować skradzione przewody.
To ważny kierunek, bo bez możliwości łatwego upłynnienia kabla cały proceder staje się mniej opłacalny. Dla paserów ryzyko też rośnie, bo skupy mają obowiązek weryfikować pochodzenie metali.
Operatorzy dokładają zabezpieczenia, ale to kosztuje
ChargeIn informuje, że jego stacje są objęte monitoringiem, a firma wdraża dodatkowe rozwiązania zwiększające bezpieczeństwo. Problem polega na tym, że każde takie zabezpieczenie oznacza kolejny koszt po stronie operatora.
Finalnie rachunek i tak wraca do rynku. Uszkodzona stacja przestaje zarabiać, trzeba ją naprawić, a użytkownicy tracą zaufanie do konkretnej lokalizacji.
Dla elektromobilności to bardzo przyziemny problem, ale właśnie takie sytuacje najmocniej wpływają na codzienne doświadczenie kierowcy. Aplikacja może pokazywać dostępny punkt, lecz jeśli kabel został odcięty, cała cyfrowa wygoda przestaje mieć znaczenie.
Najgorsze jest to, że problem widać dopiero na miejscu
Kradzież kabla różni się od awarii tym, że często zaskakuje kierowcę już po dojechaniu do stacji. W praktyce oznacza to stratę czasu, dodatkowe kilometry i nerwy, zwłaszcza gdy poziom baterii jest niski.
Właśnie dlatego temat przestał być wewnętrznym problemem operatorów. Dziś dotyczy bezpośrednio użytkowników EV, którzy oczekują, że stacja oznaczona jako działająca faktycznie pozwoli naładować auto.
Jeśli zatrzymania z Tomaszowa Mazowieckiego są zapowiedzią szerszych działań policji i kontroli w skupach złomu, skala zjawiska może zacząć spadać. Na razie jednak kierowcy muszą liczyć się z tym, że część awarii ładowarek to w rzeczywistości zwykła kradzież.
Jak często spotkaliście w Polsce uszkodzone albo okradzione stacje ładowania i czy zmieniło to wasze planowanie tras?














Dołącz do dyskusji