Spis treści
Światowa transformacja transportu przyspiesza w tempie, którego nie przewidzieli nawet najwięksi optymiści rynkowi. Jedynym wyjątkiem są tu może Stany Zjednoczone, które wciąż szukają swojej drogi, ale reszta globu pędzi w stronę elektromobilności. Popyt na ogniwa liczymy już nie w gigawatogodzinach, a w terawatogodzinach. W centrum tego huraganu stoją Chiny.
Przywykliśmy myśleć o Państwie Środka jak o niekwestionowanym liderze, który trzyma rękę na kurku z surowcami. To jednak tylko połowa prawdy. Chiny są potęgą przetwórczą – to u nich rafinuje się większość światowego litu czy kobaltu. Ale czym innym jest posiadanie hut i rafinerii, a czym innym posiadanie surowca we własnej ziemi. Najnowsze dane, które wyciekły z jednej z chińskich firm recyklingowych, rzucają na tę sprawę zupełnie nowe, niepokojące światło.
Zdjęcie, które obnaża słabość giganta
Do sieci trafiła fotografia z prezentacji jednego z chińskich gigantów zajmujących się wydobyciem i recyklingiem materiałów. Slajd zatytułowany „Status zasobów Chin” nie pozostawia złudzeń. Przedstawia on liczbę lat, na ile wystarczy udokumentowanych, krajowych złóż przy obecnym tempie wydobycia. Te liczby nie są po prostu niskie. One krzyczą, że chińskie magazyny surowcowe są właściwie puste.
Wielu analityków podejrzewało to od dawna, ale zobaczenie tych danych czarno na białym, w wewnętrznej prezentacji branżowej, zmienia postać rzeczy. To dowód na to, że potęga bateryjna Chin stoi na glinianych nogach, jeśli chodzi o samowystarczalność wydobywczą.
Lit – pozorny spokój na kilkanaście lat
Zacznijmy od podstawowego składnika każdej baterii. Według slajdu, krajowe zasoby litu w Chinach wystarczą na 14,6 roku. Na pierwszy rzut oka może się to wydawać bezpiecznym buforem. Prawie półtorej dekady spokoju. W rzeczywistości rynku, który rośnie wykładniczo, 15 lat to mgnienie oka.
Trzeba też wziąć pod uwagę jakość tych złóż. Chiński lit to w dużej mierze słone jeziora na Wyżynie Tybetańskiej (region Qinghai). Wydobycie tam jest trudne technologicznie, drogie i obciążone problemami środowiskowymi. To nie jest łatwy w obróbce spodumen z Australii czy bogata solanka z Ameryki Południowej.
Ta liczba – niespełna 15 lat – tłumaczy agresywną ekspansję chińskich firm w Afryce i Ameryce Południowej. Chińczycy nie kupują kopalń na drugim końcu świata z chciwości. Robią to z konieczności. Ich własne złoża traktowane są raczej jako rezerwa strategiczna na „czarną godzinę”, gdy globalne łańcuchy dostaw zostaną przerwane, a ceny poszybują w kosmos.
Nikiel – wyścig z czasem, który potrwa niecałe 4 lata
Sytuacja robi się znacznie bardziej dramatyczna, gdy spojrzymy na nikiel. Zasoby tego metalu w Chinach wystarczą zaledwie na 3,8 roku. To już nie jest ostrzeżenie, to alarm.
Nikiel jest niezbędny do produkcji katod w ogniwach o wysokiej gęstości energii (NCM), które napędzają auta o dużych zasięgach i wysokich osiągach. Mimo rosnącej popularności ogniw LFP (litowo-żelazowo-fosforanowych), segment premium i long-range wciąż opiera się na niklu.
Posiadanie zapasów na mniej niż cztery lata stanowi gigantyczną lukę w bezpieczeństwie narodowym Chin. Właśnie dlatego Pekin wpompował miliardy dolarów w Indonezję. Budowa potężnych zakładów ługowania kwasowego pod wysokim ciśnieniem (HPAL) na indonezyjskich wyspach to nie inwestycja biznesowa. To desperacka próba zabezpieczenia dostaw surowca, którego w domu po prostu nie ma.
Kobalt – surowiec, którego już nie ma
Najbardziej szokująca informacja dotyczy jednak kobaltu. Rubryka przy tym pierwiastku mówi jasno: Wyczerpane.
Chiny nie mają już ekonomicznie opłacalnych złóż kobaltu. Zależność od importu wynosi w tym przypadku 100%. To wyjaśnia bezwzględną i skuteczną strategię geopolityczną Chin w Demokratycznej Republice Konga. Przez ostatnią dekadę chińskie podmioty przejęły faktyczną kontrolę nad sektorem wydobywczym w tym afrykańskim kraju.
Kongo odpowiada za większość światowego wydobycia kobaltu. Chiny, aby nakarmić swoje rafinerie i fabryki baterii, musiały zmonopolizować to źródło. Bez importu z Afryki, chińska produkcja zaawansowanych ogniw stanęłaby w miejscu niemal natychmiast.
Recykling jako nowa kopalnia
Te dane pomagają zrozumieć kolejny wielki ruch na chińskim rynku – zwrot w stronę recyklingu. Skoro ziemia jest pusta, trzeba szukać surowców gdzie indziej. Firmy takie jak GEM inwestują gigantyczne środki w odzysk materiałów.
Chiny produkują ponad połowę światowych samochodów elektrycznych. Większość z nich zostaje na ich wewnętrznym rynku. Za kilka, kilkanaście lat te miliony aut staną się odpadem. Dla Chin to nie problem, lecz wybawienie. Zużyte baterie staną się ich najbogatszą kopalnią.
Kraj ten buduje teraz system zamkniętego obiegu, w którym raz wydobyty (zazwyczaj w Afryce czy Indonezji) i sprowadzony surowiec nigdy już nie opuści chińskiego ekosystemu przemysłowego. To strategia „miejskiego górnictwa” (urban mining), która ma uniezależnić Pekin od kaprysów geopolityki i wyczerpujących się złóż naturalnych.
Co to oznacza dla Europy i reszty świata?
Musimy przestać patrzeć na Chiny jak na niewyczerpany magazyn. To raczej gigantyczna przetwórnia, która panicznie boi się odcięcia dostaw wsadu. Ich przewaga nie polega na tym, że „mają” lit czy nikiel w ziemi, ale na tym, że dekadę temu przewidzieli braki i zabezpieczyli łańcuchy dostaw poza swoimi granicami.
Europa i USA dopiero teraz budzą się z letargu, próbując budować własne sojusze surowcowe. Pytanie, czy nie jest na to za późno, skoro większość kart przy stoliku z napisem „Afryka” i „Ameryka Południowa” została już rozdana.
Chiński smok jest głodny, a jego własna spiżarnia świeci pustkami. To sprawia, że będzie on walczył o zewnętrzne zasoby jeszcze agresywniej. Czy Europa jest gotowa na taką rywalizację? A może powinniśmy skupić się na technologiach, które w ogóle nie wymagają tych rzadkich metali, jak baterie sodowe? Dajcie znać w komentarzach, jak oceniacie szanse Zachodu w tym surowcowym wyścigu.












Dołącz do dyskusji