Dla wielu osób planujących zakup elektryka to właśnie była ostatnia nadzieja na dopłatę. Teraz sprawa jest już jasna: program NaszEauto nie dostanie dodatkowych 300 mln zł, a temat jego dalszego finansowania został w praktyce zamknięty.
Potwierdzenie przyniosła informacja przekazana przez IBRM Samar. Jak wynika ze słów wiceministra klimatu i środowiska Krzysztofa Bolesty, Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej nie zgodziło się na przesunięcie środków z KPO na dalsze dopłaty do samochodów elektrycznych. Jeszcze na początku marca pojawiały się sygnały, że rząd analizuje przesunięcie od 100 do 300 mln zł, ale dziś wiadomo, że taki wariant nie zostanie zrealizowany.
Temat dopłat jest zamknięty
To decyzja ważna z jednego powodu: kończy spekulacje, że program wróci choćby na chwilę albo że uda się obsłużyć dodatkową pulę wniosków złożonych pod koniec naboru.
Budżet NaszEauto wyczerpał się już pod koniec stycznia. Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej potwierdził zamknięcie programu, a dane publikowane przez Elektromobilni.pl pokazywały, że wykorzystanie środków przekroczyło 100 proc. Liczba wniosków sięgnęła ponad 40 tys.
To pokazuje dwie rzeczy. Po pierwsze, dopłaty realnie napędzały zainteresowanie elektrykami. Po drugie, popyt był większy niż dostępny budżet, więc rynek został przyzwyczajony do wsparcia, którego teraz po prostu zabraknie.
To był ostatni taki program
W tle tej decyzji jest jeszcze jedna ważna informacja. Krzysztof Bolesta już wcześniej mówił, że NaszEauto ma być ostatnim programem dopłat do zakupu samochodów elektrycznych. Teraz te deklaracje nabierają konkretnego znaczenia.
W Polsce funkcjonowały dwa główne programy wsparcia dla aut elektrycznych:
- Mój Elektryk w latach 2021-2025
- NaszEauto od 2025 roku do początku 2026 roku
Oba programy są już zakończone. Na ten moment nie ma zapowiedzi kolejnego systemu dopłat dla osób kupujących auta elektryczne.
Dla rynku to spora zmiana, bo przez kilka lat dopłata była jednym z głównych argumentów sprzedażowych. W praktyce klient nie patrzył tylko na cenę katalogową auta, ale na cenę po odjęciu wsparcia. Bez tego wiele modeli nagle przestaje wyglądać tak atrakcyjnie jak jeszcze kilka miesięcy temu.
Co dokładnie oferował NaszEauto
W ostatniej odsłonie programu wsparcie objęło nie tylko samochody osobowe, ale też kolejne kategorie pojazdów oraz nowych beneficjentów.
Dla aut osobowych kategorii M1 osoba fizyczna mogła otrzymać:
- 30 tys. zł dopłaty bazowej
- 10 tys. zł dodatkowo za zezłomowanie samochodu spalinowego
Osoby z Kartą Dużej Rodziny mogły liczyć na:
- 35 tys. zł dopłaty
- 5 tys. zł za zezłomowanie auta spalinowego
Program objął też z czasem pojazdy użytkowe:
- N1 do 3,5 t z dopłatą do 70 tys. zł
- M2 do 5 t z dopłatą do 600 tys. zł
Po zmianach rozszerzono też listę uprawnionych podmiotów. O wsparcie mogły ubiegać się m.in. organizacje pozarządowe, parki narodowe, instytucje edukacyjne oraz placówki medyczne i opiekuńcze.
Co to oznacza dla kupujących w Polsce
Najprościej mówiąc: trzeba znów patrzeć na pełną cenę auta, a nie na cenę „po dopłacie”. To może mocno zmienić wybory klientów.
Jeśli ktoś rozważał miejski lub kompaktowy samochód elektryczny za około 150-180 tys. zł, to dopłata rzędu 30-40 tys. zł robiła ogromną różnicę. Po jej zniknięciu taki model zaczyna konkurować bezpośrednio z hybrydami, autami benzynowymi i coraz tańszymi samochodami z Chin.
Na polskim rynku widać już mocną presję cenową. Marki obniżają cenniki, dorzucają finansowanie 0 proc., leasingi z niską ratą albo pakiety serwisowe. I właśnie to najpewniej stanie się teraz głównym narzędziem walki o klienta.
Dla części producentów brak dopłat może oznaczać konieczność dalszych obniżek. Dla klientów to dobra wiadomość tylko częściowo, bo rabat importera nie zawsze dorówna państwowej dopłacie. Zwłaszcza w segmencie tańszych aut.
Dealerzy i marki będą musieli zmienić strategię
Przez ostatnie lata sprzedaż wielu elektryków była budowana na prostym komunikacie: „to auto kosztuje tyle i tyle, ale z dopłatą wychodzi dużo taniej”. Taki przekaz działał, bo obniżał psychologiczną barierę wejścia.
Teraz dealerzy będą musieli sprzedawać elektryki inaczej. Większe znaczenie zyskają:
– miesięczna rata
– koszt energii na 100 km
– warunki gwarancji na baterię
– tempo ładowania
– realna wartość rezydualna
To może pomóc bardziej świadomym klientom, ale jednocześnie utrudni decyzję osobom, które do tej pory patrzyły głównie na jednorazowe wsparcie z programu.
Czy rynek EV w Polsce zwolni
Prawdopodobnie tak, przynajmniej na rynku klientów indywidualnych. Dopłaty działały jak przyspieszacz zakupów. Część osób podejmowała decyzję szybciej, bo wiedziała, że program ma ograniczony budżet i nie będzie trwał wiecznie.
Bez tego impulsu sprzedaż może osłabnąć, szczególnie wśród prywatnych nabywców. Floty i firmy będą nadal kupować auta elektryczne, bo tam liczy się całkowity koszt użytkowania, polityka emisyjna i wizerunek firmy, ale klient indywidualny częściej zacznie porównywać EV z pełnymi hybrydami plug-inami albo zwykłymi benzyniakami.
W polskich realiach dochodzi do tego jeszcze kwestia ładowania. Osoby mieszkające w domu jednorodzinnym nadal mogą obronić zakup elektryka niższymi kosztami jazdy. Kto ładuje głównie na publicznych stacjach, temu bez dopłaty trudniej będzie policzyć sens takiego zakupu.
Rynek sprawdzi, ile naprawdę warte są obecne ceny
Decyzja o braku dodatkowych 300 mln zł jest więc czymś więcej niż tylko urzędowym „nie”. To moment, w którym rynek elektryków w Polsce zostaje bez państwowej poduszki.
Teraz okaże się, które modele obronią się samą ofertą, a które potrzebowały dopłaty, by w ogóle wejść na listę zakupową klienta. Dla producentów to test cenników. Dla dealerów test sprzedaży. Dla kupujących test chłodnej kalkulacji.
Jeśli planowaliście zakup elektryka i liczyliście na powrót programu, ten scenariusz właśnie upadł. Pytanie brzmi teraz inaczej: czy bez dopłat auto elektryczne w Polsce nadal ma dla Was sens?













Dołącz do dyskusji