Niemcy próbują zatrzymać albo przynajmniej osłabić nową rundę unijnych ceł na elektryki z Chin. Bloomberg podaje, że Berlin chce doprowadzić do porozumienia między UE i Chinami, zanim nowe stawki formalnie wejdą w życie 4 lipca.
Komisja Europejska dopięła już zasady dodatkowych ceł na chińskie auta elektryczne. Łączne stawki mogą sięgnąć nawet 48 procent, zależnie od tego, jak mocno dany producent współpracował w unijnym dochodzeniu antysubsydyjnym.
Na liście są między innymi BYD, Geely i SAIC, czyli także marka MG. Unia uważa, że chińskie firmy korzystają z przewag kosztowych napędzanych subsydiami, a to może wypaczać konkurencję i dociskać europejskich producentów. Brzmi technicznie, ale sprawa jest czysto polityczna.
Niemcy walczą o chińskie cła
Berlin od dawna dawał sygnały, że pole do negocjacji jeszcze istnieje. Rzecznik niemieckiego rządu Wolfgang Büchner powiedział, że Niemcy liczą na polubowne rozwiązanie przed 4 lipca. Minister gospodarki Robert Habeck też nie zamyka tematu i w przyszłym tygodniu leci do Chin na rozmowy z tamtejszymi władzami.
Nie ma co ukrywać: Niemcy mają tu własny interes. Volkswagen, BMW i Mercedes są mocno związane z chińskim rynkiem i opierają się na tamtejszej sprzedaży. Jeśli spór handlowy się zaostrzy, rykoszet może wrócić do Europy bardzo szybko.
Chiny już sygnalizują możliwe działania odwetowe. Na celowniku mają być sektory takie jak rolnictwo, lotnictwo i auta spalinowe z dużymi silnikami. To dlatego Habeck mówi, że nie da się traktować tej sprawy wyłącznie jako technicznego środka handlowego. Tu chodzi o dużo szerszą układankę.
A tło jest proste: chińskie elektryki rosną w Europie szybko. W kwietniu odpowiadały za ponad 15 procent europejskiego rynku EV, a udział chińskich marek w całym rynku aut w Europie zbliża się do 10 procent.
Jeśli Berlin coś ugra, zobaczymy próbę miękkiego lądowania zamiast frontalnej wojny celnej. Pytanie brzmi, czy UE bardziej boi się chińskich dopłat, czy chińskiego odwetu.












Dołącz do dyskusji