Spis treści
Elektryfikacja transportu ciężkiego to dla wielu finalny boss elektromobilności. O ile auta osobowe na prąd nikogo już nie dziwią, o tyle elektryczne ciągniki siodłowe wciąż stanowią rzadkość na europejskich drogach. Główny powód? Gigantyczne koszty początkowe i brak spójnej, dostępnej infrastruktury do ładowania. Wygląda jednak na to, że jeden z największych graczy na rynku paliw, Shell, ma pomysł, jak ten problem rozwiązać. I nie chodzi tu tylko o budowę nowych ładowarek.
Jeden system, by rządzić wszystkimi ładowarkami
Shell, wraz ze swoją spółką zależną SBRS GmbH, ogłosił start nowego, zintegrowanego systemu ładowania dla flot pojazdów ciężarowych w Europie. Słowo klucz to „zintegrowany”. Firma nie skupia się wyłącznie na stawianiu publicznych stacji. Chce połączyć w jeden organizm trzy rodzaje punktów ładowania: prywatne (w bazach transportowych), półpubliczne (w centrach logistycznych) oraz publiczne (przy głównych trasach).
Sercem całego rozwiązania ma być dobrze znana firmom transportowym karta Shell Card. To ona posłuży do autoryzacji i płatności we wszystkich tych miejscach. Dla menedżera floty oznacza to koniec żonglowania kilkoma aplikacjami i systemami rozliczeń. To właśnie integracja prywatnych, półpublicznych i publicznych punktów ładowania w ramach jednej usługi jest tutaj rewolucyjna. Daje to przewoźnikom elastyczność, której do tej pory brakowało. Kierowca będzie mógł naładować pojazd w bazie, doładować go w centrum dystrybucyjnym podczas załadunku i uzupełnić energię na publicznej stacji w trasie, a wszystko to zostanie rozliczone w ramach jednej, przejrzystej faktury.
Mniej kosztów, więcej elastyczności
Shell doskonale rozumie, że dla firm transportowych liczy się przede wszystkim rachunek ekonomiczny. Dlatego cała oferta została skrojona tak, by obniżyć całkowity koszt posiadania (TCO) elektrycznej ciężarówki. Wewnętrzne analizy firmy wskazują, że oszczędności na TCO mogą sięgnąć nawet 25 procent. Jak to możliwe?
Przede wszystkim, Shell oferuje kompleksowe rozwiązanie. Firma dostarcza nie tylko dostęp do ładowarek, ale również sam sprzęt, oprogramowanie do zarządzania energią i dostawy prądu. To model „wszystko od jednego dostawcy”, który upraszcza proces i pozwala na optymalizację.
Co więcej, system umożliwia elektryfikację floty bez konieczności ponoszenia ogromnych inwestycji w budowę własnej infrastruktury w bazie. Firma transportowa, która nie ma warunków lub środków na postawienie własnych, potężnych ładowarek, będzie mogła korzystać z sieci Shell. To usuwa jedną z największych barier wejścia w świat elektrycznego transportu.
Kolejnym kluczowym elementem są narzędzia do optymalizacji ładowania. Inteligentne oprogramowanie ma zarządzać procesem tak, by energia była pobierana w najkorzystniejszych momentach, na przykład w nocy, gdy ceny prądu są niższe. Dzięki temu oszczędności na samych kosztach energii mogą sięgnąć nawet 30 procent. Do tego dochodzi obietnica stabilnych i niższych stawek za kilowatogodzinę w całej sieci Shell.
Ciekawą opcją jest również możliwość generowania dodatkowych przychodów. Firma, która posiada własne ładowarki, będzie mogła włączyć je do sieci Shell i udostępniać innym przewoźnikom, zarabiając na tym.
Czy to realna rewolucja, czy tylko marketing?
Wejście paliwowego giganta w tak zaawansowany projekt elektryfikacji to ważny sygnał dla całej branży. Shell nie chce być tylko dostawcą ładowarek. Chce stać się operatorem kompleksowego ekosystemu dla transportu ciężkiego. To próba rozwiązania problemu „jajka i kury”, który trapi ten sektor od lat. Przewoźnicy nie kupują elektrycznych ciężarówek, bo nie ma gdzie ich ładować. Operatorzy nie budują ładowarek, bo po drogach nie jeżdżą elektryczne ciężarówki.
Rozwiązanie Shell ma potencjał, by przerwać to błędne koło. Oferując elastyczny dostęp do infrastruktury i obniżając próg wejścia, firma może zachęcić więcej firm transportowych do podjęcia ryzyka i zainwestowania w bezemisyjne pojazdy. Jeśli ten model się sprawdzi, możemy spodziewać się podobnych ruchów ze strony konkurencji. To z kolei przyspieszy rozwój całej sieci i sprawi, że transport elektryczny na długich dystansach stanie się wreszcie realną alternatywą.
Oczywiście, trzeba pamiętać, że podawane przez Shell wartości oszczędności są modelowe i będą zależeć od wielu czynników: lokalizacji, cen energii czy specyfiki operacji danej firmy. Jednak sam kierunek jest niezwykle obiecujący. To już nie tylko rozmowy o przyszłości, ale konkretne, biznesowe narzędzie, które ma sprawić, że zmiana będzie dla przewoźników opłacalna.
Co dalej z transportem ciężkim w Europie?
Inicjatywa Shell to jeden z najważniejszych kroków na drodze do dekarbonizacji transportu ciężkiego, jaki widzieliśmy w ostatnich latach. Jeśli projekt odniesie sukces, może stać się standardem dla całej branży. Zamiast rozproszonych, niekompatybilnych ze sobą sieci, mogą powstać duże, zintegrowane ekosystemy, które realnie ułatwią życie firmom transportowym.
To także wyraźny sygnał dla producentów ciężarówek, że popyt na ich elektryczne modele wkrótce może gwałtownie wzrosnąć. Kiedy bariera infrastrukturalna zacznie znikać, jedynym ograniczeniem pozostanie cena samego pojazdu i jego zasięg.
Jesteśmy świadkami kluczowego momentu. Czy rozwiązanie proponowane przez Shell to przełom, na który czekała branża transportowa? A może to próba zdominowania nowego rynku przez starego giganta? Jak polskie firmy transportowe patrzą na takie rozwiązania? Zachęcamy do dyskusji w komentarzach.
Dołącz do dyskusji