Spis treści
Przez dekady to Wolfsburg był pępkiem motoryzacyjnego świata dla Grupy Volkswagen. To tam zapadały decyzje, tam rodziły się projekty i stamtąd płynęło „namaszczenie” dla każdego nowego modelu. Te czasy właśnie się skończyły. Niemiecki gigant, przyparty do muru przez niezwykle agresywną chińską konkurencję, oficjalnie otworzył w Hefei swoje największe centrum badawczo-rozwojowe poza granicami Niemiec. To nie jest zwykła placówka. To dowód na to, że Europa przestała nadążać za tempem zmian w elektromobilności, a Volkswagen, by przetrwać, musi stać się bardziej chiński niż kiedykolwiek.
Koniec sterowania z Wolfsburga
W miniony poniedziałek Volkswagen (China) Technology Co., Ltd. (VCTC) zainaugurował działanie nowych warsztatów testowych w prowincji Anhui. Dla przeciętnego kierowcy może to brzmieć jak kolejna korporacyjna notka, ale dla branży to trzęsienie ziemi. Po raz pierwszy w historii Grupy Volkswagen, pełen proces R&D – od czystej kartki papieru, przez rozwój oprogramowania, aż po walidację i masową produkcję – będzie odbywał się poza Niemcami.
Dlaczego to tak ważne? Do tej pory europejskie koncerny często traktowały Chiny jako montownię lub rynek zbytu dla technologii opracowanych na Starym Kontynencie. Okazało się jednak, że ten model jest przestarzały. Chiński rynek aut elektrycznych (NEV) pędzi tak szybko, że czekanie na akceptację centrali w Niemczech czy przesyłanie projektów między kontynentami to prosty przepis na porażkę. Lokalne marki, takie jak BYD czy Geely, wypuszczają nowe modele w tempie, o którym Europejczycy mogą tylko pomarzyć. Volkswagen zrozumiał, że musi uciąć biurokrację i dać swoim chińskim inżynierom wolną rękę.
Laboratorium wielkości małego miasta
Skala inwestycji w Hefei poraża. Nowe centrum testowe zajmuje powierzchnię 100 000 metrów kwadratowych. Znajduje się tam ponad sto zaawansowanych laboratoriów. To samowystarczalny organizm, który ma za zadanie stworzyć kompletną pętlę rozwoju produktu.
Co dokładnie będą tam robić? Wszystko. Ośrodek wyposażono w:
- Centrum testowania baterii i napędów (z możliwością sprawdzenia 500 systemów rocznie),
- Laboratoria kompatybilności elektromagnetycznej (EMC),
- Hamownie symulujące warunki drogowe z całego świata,
- Tor testowy w warunkach miejskich.
Jednak najważniejszym elementem jest integracja oprogramowania i sprzętu pod jednym dachem. To właśnie software był piętą achillesową Volkswagena w ostatnich latach (wystarczy wspomnieć problemy z serią ID w Europie). Teraz chiński oddział VCTC bierze to na swoje barki, tworząc rozwiązania „In China, for China”.


30 procent szybciej i o połowę taniej
Cel tej gigantycznej inwestycji jest jasny i bardzo konkretny: drastyczne cięcie kosztów i czasu. Volkswagen deklaruje, że dzięki nowemu centrum czas wprowadzania nowych modeli na rynek skróci się o 30 procent. W świecie nowych technologii to przepaść – to różnica między byciem innowatorem a byciem firmą goniącą trendy.
Jeszcze bardziej imponująco brzmią zapowiedzi dotyczące finansów. Dzięki lokalnemu rozwojowi, współpracy z chińskimi dostawcami już na etapie koncepcyjnym oraz nowej architekturze, koszty nowych projektów pojazdów mają spaść nawet o 50 procent. To klucz do walki cenowej. Chińscy klienci są bezlitośni – wymagają najnowszych technologii w cenach, które dla europejskich producentów były dotychczas nieosiągalne bez generowania strat.
Architektura CEA – chiński mózg dla niemieckiego auta
Sercem nowych Volkswagenów na tamtejszym rynku ma być architektura elektroniczna CEA (Central Computing and Regional Control Electronic/Electrical Architecture). Opracowywana w cyklu zaledwie 18-miesięcznym, ma pozwolić na pełną integrację inteligentnego kokpitu, systemów wspomagania kierowcy (ADAS) i zdalnych aktualizacji (OTA).
To właśnie tutaj widać zmianę paradygmatu. Oliver Blume, prezes zarządu Grupy Volkswagen, mówi wprost o „strategii w Chinach dla Chin”. Ale między wierszami można wyczytać coś więcej: Niemcy uczą się teraz od Chińczyków, jak robić nowoczesne samochody software-defined vehicle (SDV). VCTC staje się jedynym silnikiem innowacji grupy skupionym wyłącznie na elektromobilności i inteligentnych pojazdach, który działa niezależnie od centrali.
Co ciekawe, technologie opracowane w Hefei nie zostaną tylko za Wielkim Murem. Plan zakłada, że rozwiązania te będą wspierać eksport na rynki takie jak ASEAN czy Bliski Wschód. Czy trafią z powrotem do Europy? Tego oficjalnie nie powiedziano, ale trudno sobie wyobrazić, by koncern nie skorzystał z tańszych i lepszych rozwiązań opracowanych przez swoje chińskie ramię.




Wyścig o życie na rynku NEV
Decyzja Volkswagena to nie fanaberia, to konieczność. Statystyki są nieubłagane. Według danych CPCA, w listopadzie 2025 roku sprzedaż pojazdów nowej energii (NEV) w Chinach wciąż rośnie, a auta te stanowią już ponad połowę wszystkich nowych rejestracji. Klienci masowo odwracają się od tradycyjnych silników spalinowych, na których Volkswagen zbudował swoją potęgę w Państwie Środka.
Ralf Brandstätter, szef Volkswagena w Chinach, przyznaje otwarcie: „Chiny to najbardziej konkurencyjny rynek na świecie”. Lokalni klienci mają obsesję na punkcie nowinek technologicznych. Jeśli system multimedialny działa wolniej niż najnowszy smartfon, auto jest skreślone. Dlatego VCTC ma integrować prace nad hardwarem i softwarem w czasie rzeczywistym, bez zbędnych opóźnień.
Inni gracze też nie śpią. Toyota buduje fabrykę w Szanghaju, Tesla od dawna tam produkuje, a BMW rozważa hybrydy z range-extenderem. Jednak to ruch Volkswagena wydaje się najbardziej radykalny – stworzenie „drugiego mózgu” firmy, całkowicie niezależnego od niemieckiej centrali, to precedens w historii koncernu.
Najbliższe lata pokażą, czy niemiecki gigant zdoła odrobić straty. Otwarcie centrum w Hefei to sygnał, że Volkswagen przestał udawać, że „wie lepiej”. Teraz zakasał rękawy i próbuje grać według chińskich reguł gry, na chińskim boisku, używając chińskich inżynierów. Pytanie brzmi: czy dla europejskiej motoryzacji jest to ratunek, czy początek końca jej technologicznej dominacji?
Jak oceniacie ten ruch? Czy przenoszenie tak kluczowych kompetencji R&D do Chin to szansa na tańsze Volkswageny również w Polsce, czy raczej gwóźdź do trumny europejskiej myśl technicznej? Zapraszam do dyskusji.











Dołącz do dyskusji