ORLEN uruchomił w Elmshorn pod Hamburgiem swój pierwszy wielostanowiskowy hub ORLEN Charge w Niemczech. Obiekt działa przy autostradzie A23, ma 16 punktów ładowania o mocy do 400 kW i jest pierwszą taką inwestycją koncernu poza Polską.
To informacja ważna nie tylko dlatego, że polska spółka rozwija się za granicą. Równie ciekawe jest to, *jak* ten hub wygląda, bo pod tym względem niemiecki obiekt wypada bardziej „po ludzku” niż spora część infrastruktury, z którą kierowcy EV spotykają się w Polsce.
16 punktów po 400 kW, przy samej trasie
Nowy hub stanął w Elmshorn niedaleko Hamburga, gdzie mieści się siedziba ORLEN Deutschland. Kierowcy dostają 16 punktów szybkiego ładowania, każdy z deklarowaną mocą do 400 kW.
To parametry, które na papierze wyglądają bardzo dobrze. Oczywiście „do 400 kW” trzeba czytać ostrożnie, bo w praktyce wszystko zależy od auta, temperatury baterii i tego, ile mocy faktycznie ma do dyspozycji cały obiekt. Sam napis na słupku jeszcze nie ładuje.
Mimo to skala inwestycji robi wrażenie. Szesnaście punktów przy jednym obiekcie oznacza, że nie mówimy o dokładaniu pojedynczej ładowarki do stacji paliw, tylko o miejscu projektowanym pod ruch tranzytowy i postoje w trasie.
Niemcy dostali hub, a nie „ładowarkę przy okazji”
Najciekawsze w tej inwestycji jest to, że ORLEN nie postawił po prostu kilku szybkich ładowarek na parkingu. W Elmshorn powstał pełny hub z zadaszeniem, strefą postoju, toaletami, odkurzaczami, kompresorami i samoobsługowym sklepem.
Na dachu zamontowano panele fotowoltaiczne. Nie ma co udawać, że kilka modułów PV „obsłuży” szesnaście stanowisk HPC, bo przy takich mocach to raczej wsparcie obiektu niż realne źródło energii do ładowania. Ale dach ma tu większe znaczenie praktyczne niż marketingowe: daje cień, osłania od deszczu i zwyczajnie poprawia komfort.
I tu dochodzimy do różnicy, którą polski kierowca EV zauważy od razu.



W Polsce ładowanie zbyt często stoi na patelni
W Polsce bardzo dużo stacji szybkiego ładowania nadal działa w logice „dodatek do parkingu”. Słupki stoją przy markecie, przy stacji paliw albo na placu, ale bez zadaszenia, bez sensownej strefy odpoczynku, często na pełnym słońcu i w miejscu, które latem zamienia się w patelnię.
To nie jest detal estetyczny. Jeśli ktoś ładuje auto 20-30 minut przy 30 stopniach Celsjusza, to różnica między cieniem a rozgrzanym betonem jest po prostu odczuwalna. Zimą z kolei dochodzi wiatr, deszcz albo śnieg. Samochód może i ładuje się szybko, ale człowiek nadal musi tam stać, podejść do złącza, czasem poczekać, czasem wyjąć dziecko z fotelika, czasem pójść do toalety.
Dlatego niemiecki hub ORLEN-u wygląda dojrzalej niż wiele polskich realizacji. Nie dlatego, że ma logo w innym kraju, tylko dlatego, że został pomyślany jako miejsce postoju, a nie techniczny dodatek do innej działalności.
Dlaczego w Polsce tak rzadko robi się to w ten sposób
Powodów jest kilka i żaden nie jest specjalnie romantyczny.
Po pierwsze, w Polsce przez lata liczyło się głównie to, żeby ładowarka w ogóle stanęła. Rynek był na etapie nadrabiania braków, więc operatorzy szli w najprostszy model: znaleźć lokalizację, podciągnąć moc, uruchomić słupek. Komfort użytkownika schodził na dalszy plan.
Po drugie, zadaszony hub z zapleczem kosztuje więcej, trwa dłużej w realizacji i wymaga większej działki. Trzeba go zaprojektować nie jako „urządzenie”, tylko jako obiekt, który ma działać dla ludzi. To oznacza dodatkowe uzgodnienia, wyższy CAPEX i większą odpowiedzialność za utrzymanie.
Po trzecie, część polskich lokalizacji była dobierana oportunistycznie: tu jest wolne miejsce, tu da się wpiąć do sieci, tu partner handlowy zgodził się na montaż. Efekt bywa taki, że infrastruktura działa, ale nie daje doświadczenia, którego kierowca oczekuje przy aucie za 150, 200 czy 300 tysięcy złotych.
ORLEN w Niemczech pokazuje, że da się podejść do tematu inaczej. Pytanie brzmi, kiedy ten standard stanie się regułą także u nas, a nie wyjątkiem.
ORLEN już jest duży w Niemczech i chce rosnąć dalej
Koncern podaje, że ma w Niemczech ponad 600 stacji paliw pod markami ORLEN i star oraz 220 punktów ładowania pojazdów elektrycznych. Do końca 2026 roku ma tam powstać jeszcze 360 punktów szybkiego ładowania ORLEN Charge, zlokalizowanych przy popularnych obiektach handlowych.
To akurat brzmi sensownie z biznesowego punktu widzenia. Handel i ładowanie dobrze się uzupełniają, bo kierowca i tak spędza na miejscu kilkanaście lub kilkadziesiąt minut. Jeśli lokalizacja jest wygodna, a ładowarka nie jest wiecznie zajęta, taki model ma większy sens niż stawianie pojedynczych urządzeń „gdziekolwiek”.
A w Polsce? ORLEN już ma podobne huby, ale standard nadal nie jest powszechny
ORLEN przypomina, że w Polsce działa już kilkanaście nowoczesnych, ośmiostanowiskowych hubów o mocy do 400 kW na złącze, między innymi na MOP Olsztynek Południe, w Szczecinie, Brzegach i Gorzowie Wielkopolskim.
To pokazuje, że spółka umie budować infrastrukturę na wysokim poziomie także u nas. Problem w tym, że z perspektywy kierowcy EV taki standard wciąż nie jest czymś oczywistym w skali całego rynku. Nadal zbyt często trafiamy na ładowanie szybkie technicznie, ale przeciętne użytkowo.
Jeśli ORLEN chce być jednym z liderów rynku ładowania, nie wystarczy mnożyć punktów. Trzeba jeszcze sprawić, żeby ładowanie nie przypominało postoju na rozgrzanym placu pod blaszanym niebem.
Bo właśnie takie rzeczy odróżniają infrastrukturę „postawioną” od infrastruktury „zrobionej dobrze”. Ciekawe, czy kolejne huby ORLEN-u w Polsce będą bliższe temu z Elmshorn niż klasycznemu słupkowi na parkingu pod marketem. Czy dla Was zadaszenie, toaleta i sensowne miejsce odpoczynku to już obowiązkowy standard przy HPC, czy nadal tylko miły dodatek?










Dołącz do dyskusji