Największy strach przed używanym elektrykiem zwykle dotyczy jednego elementu: baterii. Nowe dane Arval pokazują jednak, że ten lęk często jest wyraźnie przesadzony, bo po 160 tys. km albo 6 latach akumulator nadal trzyma ponad 90 proc. pojemności.
To ważna wiadomość dla każdego, kto patrzy na rynek EV przez pryzmat kosztów i ryzyka. Jeśli bateria starzeje się wolniej, niż zakładano, zmienia się sposób patrzenia na wartość używanego auta elektrycznego.
Co dokładnie sprawdził Arval
Arval oparł swoje wnioski na analizie 30 tys. certyfikatów SoH baterii zebranych w latach 2023-2025 na 11 rynkach europejskich. SoH, czyli State of Health, to wskaźnik pokazujący kondycję akumulatora względem jego pierwotnej pojemności.
W badaniu 66 proc. stanowiły auta w pełni elektryczne, a pozostałą część hybrydy plug-in. Próba objęła samochody około 13 marek, więc nie mówimy o obserwacji jednego modelu czy jednej technologii.
Najmocniejszy wniosek jest prosty: degradacja baterii postępuje wolno. Po przejechaniu 70 tys. km średnia pojemność wynosi 93 proc., a po 160 tys. km lub po 6 latach eksploatacji nadal pozostaje powyżej 90 proc.
Co te liczby mówią w praktyce
Dla kierowcy najważniejsze jest to, że bateria nie „kończy się” po kilku latach. Z danych Arval wynika, że po początkowym spadku kondycji późniejsze zużycie wynosi średnio około 1 proc. na 25 tys. km.
To tempo jest dużo spokojniejsze, niż zakłada wielu sceptyków rynku EV. W obiegu wciąż funkcjonuje wizja, według której kilkuletni elektryk ma już mocno zużytą baterię i staje się ryzykownym zakupem. Liczby z dużej próby pokazują coś innego.
W praktyce oznacza to, że przy typowym użytkowaniu spadek realnego zasięgu po kilku latach może być zauważalny, ale zwykle nie będzie dramatyczny. Jeśli samochód jako nowy oferował sensowny zapas zasięgu, to po kilku latach nadal powinien pozostać użyteczny dla większości codziennych tras.
Nowsze elektryki wypadają jeszcze lepiej
Arval zwraca uwagę, że auta nowej generacji mają SoH wyższe o 2-3 proc. względem starszych modeli. To sugeruje poprawę chemii ogniw, zarządzania temperaturą i pracy systemów BMS, czyli elektroniki pilnującej baterii.
Dla rynku wtórnego to dobra wiadomość z dwóch powodów. Po pierwsze, nowsze roczniki będą starzeć się jeszcze wolniej. Po drugie, różnice między autami z pierwszej fali elektromobilności a obecnymi modelami będą coraz bardziej widoczne.
To akurat może mieć wpływ na wyceny. Sam fakt, że auto jest elektryczne, przestanie być najważniejszy. Coraz większe znaczenie będzie miało to, z której generacji pochodzi bateria i czy jej stan został potwierdzony certyfikatem.
Używany elektryk bez zgadywania
Najciekawsza część tej historii nie dotyczy nawet samej degradacji, tylko przejrzystości danych. Rynek używanych aut spalinowych od lat żyje z niedomówień, a przy EV największą niewiadomą była właśnie bateria. Jeśli kupujący dostaje wiarygodny certyfikat SoH, znika spora część ryzyka.
Arval podkreśla, że jako pierwsza firma z sektora wynajmu długoterminowego i leasingu wdrożyła certyfikację stanu technicznego baterii w używanych elektrykach. Współpracuje przy tym z organizacjami Moba i Aviloo, certyfikowanymi przez CARA.
Dla kupującego ma to duże znaczenie praktyczne. W używanym EV przebieg przestaje być jedynym prostym wskaźnikiem kondycji auta. Znacznie więcej mówi zestaw: wiek pojazdu, przebieg, chemia baterii i certyfikowany SoH.
Regulacje w UE zmienią zasady gry
Arval zakłada, że rynek wtórny elektryków w Europie będzie rósł także dzięki regulacjom. W grze są dwa elementy: Euro 7 oraz tzw. paszport baterii.
Norma Euro 7 dla nowych typów aut od końca 2026 roku wprowadzi wymagania dotyczące trwałości baterii i ich monitorowania w trakcie użytkowania. To oznacza łatwiejsze porównywanie jakości między producentami i mniej miejsca na marketingowe deklaracje bez pokrycia.
Do tego dochodzi rozporządzenie bateryjne, które ma uporządkować dostęp do informacji o stanie i wartości akumulatora. Planowana jest także standaryzacja wskaźnika SOCE, czyli certyfikowanej informacji o pozostałej kondycji użytkowej baterii.
Z perspektywy kupującego używane auto to bardzo konkretna zmiana. Zamiast domysłów i jazdy próbnej „na wyczucie” pojawi się mierzalny parametr, który łatwiej porównać między ofertami.
Do 2027 roku bateria ma stać się bardziej „widoczna”
Według zapowiedzi do 2027 roku stan akumulatora ma być widoczny bezpośrednio na desce rozdzielczej nowych modeli, a każda bateria ma mieć własny cyfrowy paszport. W takim dokumencie będzie można sprawdzić historię i certyfikowaną pojemność.
Jeśli ten system zadziała sprawnie, używany elektryk stanie się po prostu łatwiejszy do oceny. Dziś wielu kupujących boi się niewidzialnego kosztu ukrytego w baterii. W kolejnych latach ta niewidzialność ma zniknąć.
To może też uporządkować ceny. Samochody z potwierdzonym, wysokim SoH będą broniły wartości lepiej niż egzemplarze sprzedawane bez rzetelnych danych o baterii.
Dlaczego ten raport jest ważny właśnie teraz
Rynek EV dojrzewa i coraz więcej aut elektrycznych trafia do drugiego obiegu po leasingu czy wynajmie długoterminowym. Właśnie w tym momencie pytanie o trwałość baterii przestaje być teoretyczne, bo dotyczy tysięcy realnych transakcji.
Raport Arval daje mocny argument przeciwko najpopularniejszemu mitowi o elektrykach: że bateria szybko traci pojemność i po kilku latach auto staje się problemem. Oczywiście kondycja konkretnego egzemplarza zawsze wymaga sprawdzenia, ale średnie z dużej próby są dla rynku bardzo korzystne.
Dla wielu osób to może być moment, w którym używany EV przestanie wyglądać jak technologiczna loteria. A im bardziej przejrzyste będą dane o baterii, tym mniej miejsca zostanie na strach oparty na domysłach.
Jak wy patrzycie na używane elektryki: bardziej boicie się dziś stanu baterii, czy raczej nadal odstrasza was niepewność co do późniejszej odsprzedaży?













Dołącz do dyskusji