Tesla rozpoczęła w USA i Portoryko sprzedaż Modelu Y Long Wheelbase, czyli wydłużonej, sześciomiejscowej wersji swojego najpopularniejszego SUV-a. Samochód pojawił się w konfiguratorze 2 lipca 2026 roku jako bogato wyposażona odmiana Launch Series za 61 990 dolarów, z deklarowanym zasięgiem 325 mil EPA i przyspieszeniem 0-60 mph w 4,4 sekundy.
Model Y L to wreszcie „prawdziwy” trzeci rząd
Najważniejsza zmiana nie dotyczy mocy ani oprogramowania, tylko proporcji nadwozia. Model Y L dostał rozstaw osi większy o 150 mm i długość całkowitą większą o około 180 mm względem zwykłego Modelu Y. To wystarczyło, żeby Tesla porzuciła półśrodek w postaci ciasnego układu 5+2 i zrobiła auto w konfiguracji 2+2+2.
To ma znaczenie, bo dotychczasowy siedmiomiejscowy Model Y był raczej autem „awaryjnie siedmiomiejscowym”. Trzeci rząd nadawał się głównie dla dzieci, a dostęp do niego nie należał do wygodnych. W Modelu Y L drugi rząd tworzą dwa niezależne fotele kapitańskie, więc przejście do tyłu jest prostsze, a sama kabina ma sens także dla dorosłych pasażerów.
Tesla najwyraźniej uznała, że po wygaszeniu Modelu X w obecnej ofercie zrobiła się luka. Zwykły Model Y jest za mały dla części rodzin, a Cybertruck tej potrzeby nie rozwiązuje. Model Y L ma więc być czymś pomiędzy – większym autem rodzinnym bez wchodzenia w segment dużych, bardzo drogich SUV-ów.


Cena jest wysoka, ale Tesla sprzedaje dziś pakiet „na bogato”
Na start do oferty trafiła tylko wersja Launch Series AWD za 61 990 dolarów. To poziom wyższy niż wielu obserwatorów zakładało. Rynek spodziewał się raczej okolic 54 tys. dolarów, bazując na relacji cen między zwykłym Modelem Y a wersją L w Chinach.
Tu Tesla robi to, co robiła już wcześniej: najpierw wypuszcza najdroższą, maksymalnie doposażoną odmianę, zbiera klientów z najmniejszą wrażliwością cenową, a dopiero później schodzi niżej. Innymi słowy, to nie jest jeszcze cena, po której należy oceniać konkurencyjność całej gamy. To jest cena dla tych, którzy chcą kupić nowość od razu.
W pakiecie Launch Series nabywca dostaje rok FSD (Supervised), rok darmowego ładowania w Superchargerach i rok Premium Connectivity. Do tego Tesla dorzuca dowolny kolor nadwozia, wnętrza i felg bez dopłat oraz kilka wyróżników wersji premierowej: oznaczenia Launch Series, lepsze dywaniki, podświetlenie przy drzwiach, wstawki z zamszu na desce i zmienione listwy progowe.
Parametry są mocne, ale nie nokautują segmentu
Tesla deklaruje 325 mil EPA zasięgu na kołach 19-calowych i 320 mil EPA na 20-calowych. Przyspieszenie do 60 mph w 4,4 sekundy wygląda bardzo dobrze jak na rodzinnego SUV-a z trzema rzędami siedzeń. Maksymalna moc ładowania DC to 250 kW.
W sieci pojawiła się rozbieżność dotycząca akumulatora. Część publikacji podaje 88 kWh, ale specyfikacja amerykańska wskazuje na 83 kWh. To ważne, bo wygląda na to, że Tesla zastosowała w USA inny pakiet niż w autach produkowanych w Szanghaju. Jeśli tak jest, to nie pojemność brutto będzie tu najciekawsza, tylko realna krzywa ładowania i zużycie energii przy pełnym obciążeniu. Tego na razie nie wiemy.
| Parametr | Tesla Model Y L Launch Series |
|---|---|
| Napęd | AWD |
| Moc / osiągi | 0-60 mph w 4,4 s |
| Akumulator | 83 kWh według specyfikacji USA |
| Zasięg | 325 mil EPA (19″), 320 mil EPA (20″) |
| Ładowanie DC | do 250 kW |
| Układ siedzeń | 2+2+2, 6 miejsc |
| Pojemność bagażowa | 89 stóp sześciennych |
| Długość | 196 cali |
| Masa własna | 4 600 funtów |
| Cena | 61 990 dolarów |
Na papierze to wygląda dobrze, ale nie aż tak dobrze, żeby cena broniła się sama. Zwłaszcza że mówimy o aucie droższym od Modelu Y Performance i wyraźnie droższym od podstawowych wersji dużych elektrycznych SUV-ów konkurencji.






Wnętrze dostało to, czego brakowało zwykłemu Modelowi Y
Największy postęp widać w kabinie. Przednie fotele mają podgrzewanie, wentylację i elektrycznie regulowane podparcie ud. Drugi rząd to fotele kapitańskie z podgrzewaniem, wentylacją, elektrycznie unoszonymi podłokietnikami i składaniem jednym przyciskiem.
Trzeci rząd też nie wygląda jak kara za spóźnienie. Pasażerowie dostają podgrzewane siedzenia, elektrycznie regulowane pochylenie oparcia, składanie jednym przyciskiem, mocowania fotelików dziecięcych, własne nawiewy w słupkach C, oświetlenie LED i uchwyty na napoje.
Do tego dochodzi 8-calowy ekran dla drugiego rzędu, 16-calowy ekran z przodu, chłodzone indukcyjne ładowarki 50 W, porty ładowania dla wszystkich rzędów, lepsze wyciszenie dzięki szkłu akustycznemu 360 stopni i szklany dach z powłoką ograniczającą nagrzewanie.
To wszystko brzmi jak lista rzeczy, które w aucie za ponad 60 tys. dolarów powinny być po prostu standardem. I dobrze, że są. Problem w tym, że Tesla jeszcze niedawno sprzedawała przewagę prostotą i efektywnością, a dziś coraz częściej sprzedaje „pełne wyposażenie”, bo segment zrobił się znacznie ciaśniejszy.
Są też nowości techniczne, których wcześniej w Y nie było
Model Y L dostał zawieszenie drugiej generacji z adaptacyjnym tłumieniem o zmiennej charakterystyce. Do tego Tesla dorzuciła ogumienie w układzie staggered, czyli z różną szerokością przód/tył, co ma poprawić przyczepność i stabilność.
Ważna nowość to także V2L, czyli możliwość zasilania zewnętrznych urządzeń z akumulatora auta. Adapter ma być w zestawie. To nie jest już egzotyka, bo wielu producentów oferuje taką funkcję od dawna, ale dla Tesli to nadal rzecz warta odnotowania. Model Y L jest dopiero drugim autem marki w USA z pełnym wsparciem PowerShare, po Cybertrucku.
Tesla chwali się też zintegrowanym Grok AI i pakietem kamer obejmującym 8 kamer, w tym kamerę w przednim zderzaku z funkcją spryskiwania. To akurat bardziej ciekawostka niż powód zakupu. Dla użytkownika rodzinnego SUV-a ważniejsze będzie raczej to, czy auto jest wygodne, ciche i sensownie wycenione.
Konkurencja już tu jest i nie zamierza ustępować
Tesla wchodzi do segmentu, który nie jest pusty. Kia EV9 startuje w USA od 54 900 dolarów, a Hyundai Ioniq 9 od 58 955 dolarów. Oba auta są tańsze od Modelu Y L Launch Series, a Ioniq 9 oferuje nawet wyższy zasięg maksymalny.
Tesla kontruje osiągami, marką i własnym ekosystemem. Dla części klientów to wystarczy, bo sieć Supercharger i znajomość interfejsu nadal mają wartość. Ale w 2026 roku to już nie jest przewaga, która automatycznie usprawiedliwia każdą dopłatę. Zwłaszcza w segmencie dużych aut rodzinnych, gdzie liczy się nie tylko software, ale też przestrzeń, jakość wykończenia i komfort na długich trasach.
Tu dochodzimy do sedna: Model Y L może być bardzo sensownym produktem, ale 61 990 dolarów wygląda jak klasyczny „Tesla tax”. Firma sprawdza, ilu klientów zapłaci premię za znaczek, Superchargery i pierwszeństwo zakupu.
Co dalej z Modelem Y L
Pierwsze dostawy mają ruszyć około września lub października 2026 roku. To sugeruje, że obecne otwarcie zamówień jest startem sprzedaży, a nie natychmiastową dostępnością z placu.
Najważniejsze pytanie brzmi jednak inaczej: kiedy pojawią się zwykłe, tańsze wersje. Dopiero wtedy będzie można uczciwie ocenić, czy Model Y L jest realnym konkurentem dla EV9 i Ioniqa 9, czy tylko drogą wersją przejściową dla najbardziej lojalnych klientów Tesli.
Bo sam pomysł jest dobry. Wydłużony Model Y z układem 2+2+2 to dokładnie to, czego brakowało w ofercie marki od dawna. Tyle że dobry pomysł i dobra cena to nie jest to samo.
Jeśli Tesla zejdzie z ceną bliżej oczekiwanych 54 tys. dolarów, może mieć mocny hit. Jeśli nie, zostanie jej dobrze wyposażony, szybki i praktyczny SUV, który wielu klientów obejrzy z zainteresowaniem, po czym kupi Kię albo Hyundaia. Czy 61 990 dolarów za większego Modelu Y to rozsądna cena za sześć pełnowymiarowych miejsc, czy jednak za wysoka dopłata za logo Tesli?












Dołącz do dyskusji