Mniejsza klasa G Mercedesa ma być produkowana nie w Niemczech, lecz w Kecskemét na Węgrzech. Taki plan opisał *Automotive News Europe*, a ruch dobrze pasuje do celu Mercedesa: obniżyć koszty produkcji o 10 procent między 2024 a 2027 rokiem, a do 2030 roku podwoić tę skalę oszczędności.
Mercedes od dawna pracuje nad „baby G”, czyli mniejszą wersją klasy G. Początkowo auto miało być wyłącznie elektryczne. Później pojawiły się informacje, że projekt przeniesiono na platformę MMA, czyli architekturę dla kompaktów, która obsługuje zarówno napędy elektryczne, jak i spalinowe.
I to jest najciekawsze. Bo klasa G kojarzy się z autem drogim, ciężkim i zrobionym trochę na przekór zdrowemu rozsądkowi. Tymczasem „baby G” wygląda na próbę sprzedania stylu klasy G w tańszym opakowaniu.
Węgry zamiast Niemiec, bo liczby muszą się zgadzać
Kecskemét nie jest przypadkiem. Mercedes już produkuje tam modele oparte na MMA, a w styczniu zapowiedział przeniesienie produkcji klasy A z Niemiec na Węgry i dalszą rozbudowę zakładu. Niższe koszty pracy robią tu robotę.
To nie znaczy, że mała klasa G będzie tania. Raczej: może być wyraźnie tańsza w produkcji niż gdyby powstawała w Rastatt, a Mercedes zachowa sporą marżę dzięki samej nazwie i wizerunkowi modelu. Krótko mówiąc: budżetowsze bebechy, premium cennik. Z punktu widzenia producenta brzmi dobrze na papierze.
To raczej lifestyle niż teren
Po zdjęciach szpiegowskich widać, że auto dostanie większy prześwit i lepszy skok zawieszenia niż zwykły crossover na MMA. Pewnie będzie też wyglądało bardziej kanciasto, żeby z daleka każdy wiedział, o co chodzi. Mała rzecz, a cieszy dział marketingu.
Ale nie ma co ukrywać: platforma MMA sugeruje, że „baby G” będzie czuło się najlepiej na asfalcie. Duża klasa G to dziś zupełnie inna liga, zwłaszcza w wersji elektrycznej z układem czterech silników, który daje świetną kontrolę w terenie. Tego tutaj raczej nie zobaczymy.
Jeszcze słabiej wygląda temat w odmianie hybrydowej lub spalinowej. Tam napęd 4×4 ma być oparty o układ Haldex z przewagą przedniej osi, który dołącza tył dopiero po wykryciu uślizgu. To rozwiązanie sensowne na śliskiej drodze, ale z prawdziwą terenówką ma niewiele wspólnego.
Mercedes dobrze wie, po co robi ten samochód
Prawda jest dość prosta: większość właścicieli klasy G i tak nie zjeżdża w teren. To samochód statusowy, modowy, luksusowy. Mercedes najwyraźniej uznał, że mniejszy model może pełnić dokładnie tę samą rolę, tylko dla szerszej grupy klientów.
Dlatego zmiana z dedykowanej architektury na kompaktową MMA ma sens biznesowy. Taki samochód będzie łatwiejszy i tańszy do zbudowania, a jednocześnie nadal da się go sprzedać jako „małą Gelendę”. Jeśli projekt wypali, marka dostanie nowy produkt z wysoką marżą i bez kosztów tworzenia wszystkiego od zera.
Największe pytanie brzmi więc nie o terenowe możliwości, lecz o to, ile stylu klasy G Mercedes zdoła zachować po przejściu na platformę dla tańszych modeli. Bo jeśli wyjdzie z tego bardziej GLB w kostiumie klasy G niż prawdziwy mały „G”, część klientów może kręcić nosem. A część i tak kupi, bo znaczek zrobi swoje.
Czy waszym zdaniem mała klasa G na platformie MMA ma sens, jeśli dostanie wygląd terenówki, ale technikę zwykłego kompaktowego SUV-a?












Dołącz do dyskusji