W pierwszym półroczu 2026 roku w Polsce doszło do 26 pożarów samochodów bateryjnych, wynika z danych PSP przeanalizowanych przez F5A w „Raporcie Bezpieczeństwa Pożarowego EV”. Przy parku BEV rosnącym do 154 947 aut daje to wskaźnik 0,168 pożaru na 1000 pojazdów – niższy niż w przypadku aut spalinowych.
Elektryków przybywa, pożarów nie
To jest w tej historii najważniejsze. Liczba zarejestrowanych BEV w Polsce urosła z 98 813 do 154 947, czyli o blisko 57 procent rok do roku, a liczba pożarów wciąż pozostaje niska. Rok wcześniej wskaźnik dla elektryków wynosił 0,230, teraz spadł do 0,168.
Dla porównania, w pierwszym półroczu 2026 roku straż pożarna odnotowała 4935 pożarów pojazdów spalinowych, 61 pożarów hybryd, 26 pożarów BEV i 2 zdarzenia z udziałem aut wodorowych. Po przeliczeniu na 1000 zarejestrowanych pojazdów wychodzi 0,201 dla aut spalinowych, 0,038 dla hybryd i wspomniane 0,168 dla elektryków.
To nie znaczy, że BEV się nie palą. Palą się. Tyle że statystycznie nie częściej niż spalinówki. A w tym półroczu nawet rzadziej.
Problemem są emocje, nie liczby
Pojedynczy pożar elektryka potrafi obiec internet na dwa dni. Zwłaszcza jeśli akcja trwa długo, auto stoi w garażu podziemnym albo strażacy muszą chłodzić baterię przez wiele godzin. Tyle że z takich obrazków nie da się uczciwie wyciągać wniosku o skali ryzyka.
Od 2020 roku w Polsce odnotowano łącznie 132 pożary pojazdów całkowicie elektrycznych. W tym samym czasie było 60 647 pożarów pojazdów spalinowych i 335 pożarów hybryd. To już jest baza, z której coś widać. I widać raczej stabilizację niż „epidemię płonących elektryków”, którą czasem próbuje się nam sprzedać.
Długie akcje ratownicze? Tak, i to trzeba uczciwie powiedzieć
St. bryg. Tomasz Jonio z Komendy Głównej PSP zwraca uwagę, że samo niskie ryzyko nie oznacza łatwych działań ratowniczych. W drugim kwartale strażacy prowadzili akcję przy pożarze elektrycznego pickupa przez ponad 15 godzin, bo uszkodzony akumulator wymagał długiego chłodzenia. Z kolei pożar hybrydy plug-in zajął 19 godzin.
Średni czas działań przy pożarach BEV w drugim kwartale przekroczył 3 godziny. I to jest ten kawałek prawdy, którego też nie ma sensu pudrować: pożary elektryków są rzadkie, ale kiedy już dochodzi do uszkodzenia baterii, akcja bywa trudna i długa.
Auta wodorowe wyglądają źle tylko na papierze
Wskaźnik dla pojazdów wodorowych wyniósł aż 3,195 pożaru na 1000 pojazdów, ale tu matematyka robi psikusa. W Polsce jeździ około 630 takich pojazdów, więc dwa zdarzenia wywracają statystykę do góry nogami.
Jeden pożar z 2025 roku dotyczył autobusu wodorowego. Drugi, z 28 kwietnia 2026 roku w Dąbrowie Górniczej, objął dwa auta osobowe na wodór. W tym przypadku ogień przeniósł się z płonącego samochodu spalinowego zaparkowanego obok. Innymi słowy: ani zbiorniki wodoru, ani sam napęd nie były źródłem pożaru.
Jest jeszcze jeden haczyk: nie każdy „elektryk” wpada do tej samej tabeli
Raport obejmuje pojazdy kategorii homologacyjnych M i N, czyli przede wszystkim auta osobowe i dostawcze. Poza tym zestawieniem, od stycznia do końca czerwca 2026 roku, straż pożarna miała jeszcze 9 dodatkowych zdarzeń pożarowych z udziałem pojazdów elektrycznych innych kategorii, głównie kategorii L.
To ważne, bo czasem do jednego worka wrzuca się samochody, skutery, hulajnogi i wszystko, co ma baterię. A potem wychodzą efektowne nagłówki, z których nie wynika nic.
Na dziś obraz jest prosty: elektryków w Polsce przybywa szybko, a wskaźnik pożarów na 1000 aut spada. Czyli dokładnie odwrotnie, niż sugerują internetowe legendy. Pytanie brzmi raczej nie „czy BEV się palą”, tylko czy umiemy jeszcze odróżniać pojedynczy głośny przypadek od twardych danych.












Dołącz do dyskusji