W lipcu w Niemczech zarejestrowano 78 609 nowych BEV, czyli o 61,7 proc. więcej niż rok wcześniej. Udział elektryków w całym rynku doszedł do 29,3 proc., a razem z PHEV i FCEV napędy ładowane z gniazdka miały już 40,7 proc. rynku. Według VDIK najmocniej korzystają na tym marki, które produkują przynajmniej jeden model BEV w Europie.
To ważny sygnał, bo mówimy o największym rynku aut w UE. I rynku, na którym widać już nie samą modę na EV, tylko efekt konkretnych dopłat i lokalnej produkcji.
Niemcy kupują więcej elektryków, a spalinom ucieka grunt
Cały niemiecki rynek urósł w lipcu ledwie o 1,2 proc., do 268 068 aut osobowych. W tym samym czasie BEV wystrzeliły o wspomniane 61,7 proc., do 78 609 sztuk. To oznacza, że prawie co trzecie nowo rejestrowane auto było elektryczne.
Jeszcze mocniej wygląda to szerzej. Wszystkie napędy alternatywne, czyli BEV, PHEV, hybrydy bez wtyczki, LPG i CNG, urosły o 22,1 proc., do 185 601 aut. Ich udział w rynku skoczył z 57,4 proc. rok wcześniej do 69,2 proc. w lipcu 2026 roku.
Spalinówki jadą w przeciwną stronę. Benzyna spadła o 29,7 proc. do 50 732 sztuk, a diesel o 21,8 proc. do 31 703 sztuk. Udziały? Tylko 18,9 proc. dla benzyny i 11,8 proc. dla diesla. Razem to już mniej niż same BEV, PHEV i FCEV.
PHEV też rosną, choć bez fajerwerków. W lipcu doszły do 30 609 rejestracji, czyli +12,5 proc. rok do roku, z udziałem 11,4 proc. w rynku. Hybrydy bez wtyczki lekko cofnęły się o 0,7 proc., do 74 675 sztuk.
Dopłaty robią swoje, ale nie wszystkim po równo
Najciekawszy w tym zestawie jest drugi wątek. Szefowa VDIK Imelda Labbé mówi wprost, że wzrost popytu na elektryki widać już w zamówieniach, a portfel zamówień BEV u producentów międzynarodowych urósł o 162 proc. rok do roku. Dla całego rynku BEV było to 94 proc..
Jest jednak haczyk. Z dopłat najmocniej korzystają dziś producenci, którzy mają produkcję BEV w Europie. Według VDIK ponad 80 proc. dotowanych aut należy do marek, które wytwarzają co najmniej jeden model elektryczny na naszym kontynencie.
To brzmi jak zachęta proklimatyczna, ale w praktyce działa też jak filtr przemysłowy. Kto ma fabrykę w Europie, ten ma dziś łatwiejszy dostęp do wzrostu. Kto przywozi auta wyłącznie z importu, ten może mieć produkt dobry, ale politycznie słabszy.
W samym lipcu marki międzynarodowe odpowiadały za 38 864 rejestracje BEV, czyli o 93,9 proc. więcej niż rok wcześniej. Dało im to 49,4 proc. rynku BEV w miesiącu i 45,5 proc. od początku roku. To wzrost o 4,7 punktu procentowego rok do roku.
Polski akcent jest krótki i dość brutalny: u nas udział BEV to około 4 proc. Niemcy są więc już nie o krok, tylko o kilka klas dalej, jeśli chodzi o skalę elektryfikacji nowych aut.
Od stycznia do lipca 2026 roku Niemcy zarejestrowali 446 615 BEV, czyli o 50,2 proc. więcej niż rok wcześniej. Cały segment aut ładowanych z gniazdka, BEV, PHEV i FCEV, urósł do 641 028 sztuk, czyli o 38,3 proc. rok do roku. To już nie jest jednorazowy wyskok po jednym miesiącu.
Dla producentów wniosek jest prosty. Sama obecność w Europie już nie wystarcza, liczy się produkcja w Europie. A dla czytelników w Polsce to kolejny sygnał, że niemiecki rynek będzie coraz mocniej zasysał dostępne wolumeny popularnych elektryków.
Jeśli ten trend się utrzyma, pytanie nie brzmi już, czy Niemcy przejdą na EV szybciej od nas, tylko jak bardzo odjadą w 2027 roku. Jak myślicie, polski rynek też ruszyłby mocniej, gdyby dopłaty premiowały lokalną produkcję?




Komentarze