Elon Musk zapowiedział, że Tesla „otworzy” Model S i Model X tak, jak wcześniej zrobiła to z pierwszym Roadsterem. Problem w tym, że tamto „open source” miało niewiele wspólnego z prawdziwym open source i bardziej przypominało zrzut kilku plików niż pełne udostępnienie projektu.
Roadster pokazał, jak Tesla rozumie „open source”
W 2023 roku Musk ogłosił, że „cały projekt i inżynieria” oryginalnego Roadstera są już w pełni otwarte. Brzmiało dobrze. Tyle że na GitHubie wylądowało raptem osiem plików: pięć baz CAN w formacie .dbc, obraz ISO z oprogramowaniem diagnostycznym i dwa krótkie PDF-y.
To nie wszystko, bo część dokumentów Tesla schowała na swojej stronie serwisowej za logowaniem. Tam pojawiło się jeszcze pięć paczek opisanych jako dokumenty badawczo-rozwojowe. W praktyce były to materiały dotyczące kilku modułów elektroniki, diagnostyki i dokumentacji projektowej.
Brzmi nieźle? Tylko na pierwszy rzut oka.
Nie było kodu, nie było CAD-ów, nie było licencji
Największy problem jest prosty: Tesla nie udostępniła tego, co naprawdę robi różnicę. Nie było plików CAD, rysunków mechanicznych, list materiałowych, projektu pakietu, projektu silnika ani źródeł firmware’u. Były za to gotowe pliki produkcyjne i skompilowane binarki, czyli rzeczy przydatne, ale dalekie od pełnej dokumentacji auta.
To ważne także z prawnego punktu widzenia. Open source nie polega na tym, że wrzucamy coś do internetu i piszemy „proszę bardzo”. Musi być jeszcze licencja, która daje prawo kopiowania, modyfikacji i dalszej dystrybucji. Tesla tego nie zrobiła. Zamiast licencji dorzuciła krótki disclaimer o braku gwarancji i o tym, że części zbudowane na podstawie tych materiałów nie będą oryginalnymi częściami Tesli.
Krótko: to był release dokumentacji, nie open source.
Nawet historia repozytorium wygląda średnio
Jest jeszcze jeden zgrzyt. Część plików DBC trafiła do repozytorium już 2 grudnia 2022 roku, czyli prawie rok przed publiczną zapowiedzią Muska. Potem, 22 listopada 2023 roku, doszły ISO i instrukcje. I tyle. Od tamtej pory cisza, zero commitów.
Repozytorium zebrało około 1 100 gwiazdek i 300 forków, ale rozwój praktycznie nie istnieje. Jeśli tak ma wyglądać „otwieranie” S-a i X-a, to nie ma co szykować popcornu.
Model S i X mogą dostać dokładnie ten sam pakiet
Tesla zakończyła produkcję Modelu S i X w kwietniu 2026 roku, po decyzji Muska ze stycznia o zwolnieniu linii pod Optimusa. To też daje pewną podpowiedź: Roadster dostał swoje „open source” dopiero długo po zakończeniu rynkowego życia i przy malejącym znaczeniu dla firmy.
Dlatego sceptycyzm jest tu całkiem zdrowy. Jeśli Tesla powtórzy schemat z Roadstera, dostaniemy oprogramowanie diagnostyczne, kilka baz CAN, może jakieś Gerbery dla wybranych płytek i tyle. Bez Autopilota, bez projektu napędu, bez źródeł oprogramowania sterowników, bez pełnej dokumentacji baterii.
A właśnie to byłoby naprawdę ciekawe.
Jest jeden obszar, gdzie Tesla mogłaby zrobić coś sensownego
Model S i X korzystają z Linuksa. Tesla publikuje część kodu kernela i Buildroota od 2018 roku, po naciskach związanych z licencją GPL. Problem w tym, że od lat pojawiają się zarzuty, że te publikacje nie były kompletne.
Gdyby Tesla chciała podejść do sprawy serio, mogłaby właśnie tutaj zamknąć temat raz a dobrze. Pełniejsze źródła, jasna licencja, porządek w zgodności z GPL. To byłby konkret, a nie marketingowy slogan.
Szkoda tylko słowa „open source”
Żeby było uczciwie: nawet taki okrojony pakiet potrafi się przydać. Niezależne warsztaty utrzymujące stare Roadstery dostały narzędzia, które realnie pomagają. Da się na tym budować symulacje elektroniki auta, da się łatwiej diagnozować usterki. Mała rzecz, a cieszy.
Tylko nie nazywajmy tego open source, bo to po prostu nieprawda. Jeśli Tesla naprawdę udostępniłaby kompletną platformę produkcyjnego EV z 14 latami rozwoju za plecami, z napędem, baterią, CAD-ami i kodem źródłowym, byłaby pierwsza w branży. Jeśli znowu skończy się na kilku paczkach i disclaimerze, dostaniemy bardziej komunikat prasowy niż prezent dla świata EV.
Czy Tesla powinna wrzucić pełną dokumentację wygaszonych modeli, nawet jeśli oznaczałoby to oddanie sporej części know-how niezależnym warsztatom i małym producentom?











Dołącz do dyskusji