Donut Lab zebrało około 25 mln dolarów od ponad 1 300 inwestorów, sprzedając opowieść o sodowej baterii solid-state o gęstości 400 Wh/kg, żywotności 100 000 cykli i ładowaniu w 5 minut. Teraz obszerne śledztwo badacza baterii z YouTube – Zirotha, wsparte opiniami ponad 20 niezależnych ekspertów, pokazuje coś dużo mniej magicznego: w testach wyszedł po prostu akumulator litowo-jonowy.
Po krzywych napięcia widać, że to nie była żadna magia
Sprawa rozbija się o twarde dane elektrochemiczne, nie o marketingowe slajdy. Testowane ogniwo pracowało przy 3,7-3,8 V przy 50 proc. stanu naładowania. To zakres typowy dla ogniw litowo-jonowych, zwłaszcza wysokoniklowych NCM. Ogniwa sodowo-jonowe w tym punkcie zwykle nie dochodzą tak wysoko.
Drugi trop jest jeszcze ciekawszy. Chodzi o rozszerzanie się ogniwa podczas ładowania. W danych pojawił się charakterystyczny „zagięty” fragment krzywej przy 50-70 proc. SOC, typowy dla grafitowej anody. Problem dla Donut Lab jest prosty: jony sodu są zbyt duże, żeby zachowywać się w graficie jak lit. Jeśli widać podpis grafitu, to w praktyce widać litowo-jon.
Eksperci, którzy przejrzeli materiał, byli zgodni. Wśród nich znaleźli się ludzie z Fraunhofera, uniwersytetu Justusa Liebiga, Litony i Seinäjoki University of Applied Sciences. Wniosek był jeden: to nie była obiecywana chemia.
Parametry też się nie spinają
Z obliczeń wynikła gęstość energii na poziomie około 298 Wh/kg. To bardzo przyzwoity wynik dla dobrego ogniwa li-ion. Tyle że nie ma wiele wspólnego z obiecywanymi 400 Wh/kg.
I tu dochodzimy do sedna. 298 Wh/kg brzmi dobrze na papierze, ale nie robi z nikogo zbawcy branży. 100 000 cykli i 5 minut do pełna też od początku pachniały prezentacją dla inwestorów, nie produktem gotowym do seryjnej produkcji.
Za kulisami była cała układanka spółek
Technologia miała prowadzić do niemieckiego CT Coatings. Ta firma miała dostarczać rozwiązanie, Nordic Nano miało produkować ogniwa, a Donut Lab je komercjalizować. Tyle że Nordic Nano nie wyprodukowało ani jednego ogniwa.
Do tego doszły agresywne NDA i due diligence robione we własnym gronie, bez naprawdę niezależnej walidacji. Przy tak egzotycznych deklaracjach to wygląda słabo. Zwłaszcza że ani Donut Lab, ani Nordic Nano nie miały mocnego zaplecza w chemii akumulatorów.
Jeden z ekspertów z Fraunhofera wspominał po spotkaniu z przedstawicielami CT Coatings, że nie sprawiali wrażenia ludzi, którzy dobrze rozumieją, jak działa bateria. To już nie jest żółta lampka. To jest choinka.
Nawet motocykl „produkcyjny” okazał się przedprodukcyjny
Donut Lab i Verge chwaliły się też pojazdem produkcyjnym dostarczanym klientom w Q1 2026. Na koniec kwartału ogłoszono pierwszy „produkcyjny motocykl”. Tyle że wewnętrzne nagranie dla rezerwujących mówiło coś innego: pierwsze sztuki miały trafić do floty wewnętrznej, żeby dopracować proces produkcji przed wysyłką do klientów.
Czyli klasyk. Produkcyjny w komunikacie, przedprodukcyjny w praktyce.
Do tego Marko Lehtimäki przyznał później w fińskich mediach, że ogniwa 400 Wh/kg nie były montowane w motocyklach, a ogniwo badane przez VTT nie było nawet tym, które miało trafić do klientów. Wyciekłe maile pokazały też, że Donut Lab dopytywało CT Coatings, kiedy wreszcie dostanie dowód na deklarowane parametry.
Najgorsza część tej historii to inwestorzy
Firma miała ponad 1 300 akcjonariuszy, z czego ponad 900 posiadało 50 akcji lub mniej. To sugeruje inwestycje rzędu 3 000-23 000 dolarów na osobę. Nie fundusze, nie gracze od wysokiego ryzyka, tylko w dużej mierze drobni inwestorzy.
Po wydzieleniu Donut Lab z Verge wycena urosła od problematycznego producenta motocykli do spółki z „portfelem wartym pół miliarda euro”, a później po CES miała dojść do 1,25 mld dolarów. Inwestorom obiecywano nawet potencjalny zwrot do 10x w 12-18 miesięcy. Brzmi jak coś, przy czym odruchowo sprawdza się, gdzie jest gwiazdka. Tu gwiazdki najwyraźniej nie było, bo nie było też technologii.
Fińskie organy finansowe i śledcze mają już sprawę na radarze. I dobrze, bo branży bateryjnej nie potrzeba kolejnej historii w stylu Nikola czy Theranos, tylko z akumulatorami w roli głównej.
Największy problem jest gdzie indziej: takie akcje psują zaufanie do baterii solid-state jako takich. A te akurat naprawdę nadchodzą, tylko raczej z Toyoty czy Samsunga SDI, a nie z cudownej prezentacji z CES. Jak myślicie, po ilu takich historiach inwestorzy przestaną wierzyć nawet tym firmom, które faktycznie coś dowożą?













Dołącz do dyskusji