Dongfeng zaprezentował prototyp systemu ładowania o mocy 1,5 MW na jedno złącze i zapowiedział całą rodzinę urządzeń od 720 kW do 2,4 MW. To kolejny sygnał z Chin, że wyścig w elektromobilności przesunął się z „szybkiego ładowania” na poziomie 250-350 kW do architektur kilowoltowych, megawatowych ładowarek i baterii, które mają przyjmować energię w kilka minut.
1,5 MW na jednym kablu, 2,4 MW w całym systemie
Nowy system Dongfenga składa się z jednostki głównej o mocy 1,2 MW i ma modułową architekturę, która pozwala rozbudować całość do 2,4 MW i więcej. Producent mówi wprost: to nie ma być pojedynczy pokaz technologii, tylko początek większego portfolio dla aut osobowych i użytkowych.
Najmocniejszy wariant ma dostarczać do samochodu 1 500 A przy napięciu od 150 do 1 000 V. To szeroki zakres, więc teoretycznie taka ładowarka może obsłużyć nie tylko najnowsze platformy 800 V czy przyszłe układy kilowoltowe, ale też auta pracujące przy niższych napięciach. Sprawność całego systemu ma wynosić co najmniej 96,7 proc.
To ważne z jednego powodu: przy takich mocach każdy ułamek procenta straty zamienia się w bardzo konkretne ilości ciepła. Marketing lubi mówić o megawatach, ale fizyki nie da się zagadać. Jeśli ktoś chce pompować do auta 1,5 MW, musi równie dobrze ogarnąć chłodzenie przewodów, elektroniki mocy i samego złącza.
Dongfeng celuje w BYD, bo dziś to BYD nadaje ton
Moc 1,5 MW nie wzięła się znikąd. To dokładnie ten poziom, którym kilka miesięcy temu pochwalił się BYD przy drugiej generacji Flash Chargerów. Wtedy firma twierdziła, że ma najmocniejszy produkowany seryjnie system jednopistoletowy, a całą infrastrukturę spięła z nową generacją Blade Battery.
BYD deklarował ładowanie od 10 do 70 proc. w około 5 minut w odpowiednich warunkach. Jak zwykle przy takich obietnicach trzeba czytać drobny druk: potrzebna jest odpowiednia bateria, odpowiednia temperatura, odpowiedni stan naładowania i odpowiednia ładowarka. Sama stacja nie załatwia sprawy, jeśli samochód nie potrafi przyjąć takiej mocy.
Dongfeng nie podał jeszcze, jak szybko będą ładować się jego własne auta na nowym systemie. I to jest różnica między komunikatem technologicznym a gotowym produktem dla klienta. Ładowarka może umieć bardzo dużo, ale dopiero krzywa ładowania konkretnego samochodu pokaże, czy megawaty są realne, czy tylko „szczytem na moment”.
Dwa kable, ale bez magii
Według informacji to stanowisko może obsługiwać dwa pojazdy jednocześnie, przy czym moc jest wtedy dzielona między oba przewody. Czyli nie dostajemy dwóch pełnych strumieni po 1,5 MW, tylko klasyczne współdzielenie zasobów.
To akurat brzmi rozsądnie. Przy obecnych ograniczeniach sieci i kosztach przyłącza bardziej prawdopodobne jest inteligentne zarządzanie mocą niż stawianie wszędzie ładowarek, które stale rezerwują kilka megawatów tylko dla jednego miejsca postojowego. W praktyce właśnie tu zaczyna się prawdziwa gra: nie w samym „ile maksymalnie”, tylko w tym, jak stabilnie system dowozi moc przy realnym obciążeniu.
Chiny wchodzą w epokę kilowolta
Równolegle z ładowarką Dongfeng pokazał też swój pierwszy napęd elektryczny klasy kilowoltowej – iD5-300SN. Jednostka korzysta z modułu SiC o napięciu znamionowym 1 500 V, pracuje w zakresie 450-1 000 V i osiąga moc szczytową 300 kW.
Producent twierdzi, że układ jest kompatybilny z obecnymi platformami 800 V, ale można go rozszerzyć do systemów pracujących nawet przy 1 200 V. To brzmi jak przygotowanie gruntu pod kolejną fazę rozwoju, bo przy rosnących mocach ładowania i napędów wyższe napięcie zaczyna być naturalnym kierunkiem. Mniej prądu dla tej samej mocy oznacza łatwiejsze opanowanie strat i temperatur.
Dongfeng deklaruje też 30 proc. wyższą gęstość mocy niż w poprzedniku oraz bardzo wysoką sprawność w chińskim cyklu CLTC. Z CLTC jak zwykle trzeba uważać, bo ten standard bywa dla producentów łaskawszy niż rzeczywistość, ale sam kierunek jest jasny: nie chodzi już tylko o większy akumulator, lecz o cały ekosystem wysokiego napięcia.
To nie jest tylko ładowarka, tylko element większej układanki
Nowy napęd ma trafić do rodziny układów Mach i wesprzeć produkcję pierwszego pojazdu kilowoltowego marki Epicland, rozwijanej wspólnie z Huawei. To ważny szczegół, bo pokazuje, że Dongfeng nie buduje ładowarki w próżni.
W Chinach coraz częściej widzimy już nie pojedyncze premiery, ale równoległe rozwijanie trzech warstw naraz:
- samochodu zdolnego przyjąć bardzo wysoką moc,
- baterii, która nie ugotuje się przy takim ładowaniu,
- infrastruktury, która faktycznie tę moc dostarczy.
Dopiero złożenie tych trzech elementów daje efekt „pięciu minut przy ładowarce”. Bez tego zostaje ładny slajd w prezentacji.
Następny krok: ładowarki z magazynem energii
Dongfeng zapowiedział już kolejną generację ultraszybkich ładowarek z wbudowanym magazynem energii. To może być nawet ważniejsze niż sama liczba megawatów w nagłówku.
Dlaczego? Bo magazyn energii przy stacji pozwala buforować moc i oddawać ją krótkimi, bardzo intensywnymi impulsami bez konieczności budowania wszędzie absurdalnie mocnych przyłączy. Jeśli ktoś chce stawiać ładowarki 720 kW, 1,5 MW czy 2,4 MW, to bez storage’u szybko zderzy się z kosztami i ograniczeniami sieci.
Właśnie dlatego część producentów i operatorów zaczyna myśleć o ultraszybkim ładowaniu nie jako o „większej ładowarce”, tylko jako o układzie: przyłącze + magazyn + elektronika mocy + sterowanie obciążeniem.
Nowa norma i stara prawda: papier przyjmie wszystko, kabel już niekoniecznie
Dongfeng podkreśla, że jego urządzenie należy do pierwszej grupy produktów spełniających chiński standard efektywności energetycznej GB 46519-2025 z oznaczeniem Level 1. To dobrze wygląda w komunikacie i ma znaczenie techniczne, ale z punktu widzenia użytkownika i tak najważniejsze będą trzy rzeczy:
- jak długo ładowarka utrzyma wysoką moc,
- jak zachowa się przy dwóch autach naraz,
- ile samochodów faktycznie będzie umiało z niej skorzystać.
Bo dziś branża coraz częściej pokazuje „moc szczytową”, a znacznie rzadziej mówi o przebiegu ładowania między 10 a 80 proc. albo o tym, co dzieje się po kilku minutach pracy pod pełnym obciążeniem.
Dongfeng nie jest sam. Chiński wyścig robi się brutalnie szybki
Premiera Dongfenga wpisuje się w szerszy trend. Hongqi ogłosiło niedawno baterię, która ma ładować się od 10 do 70 proc. w 3 minuty i 41 sekund. CATL przy trzeciej generacji Shenxing LFP mówi o czasie poniżej 4 minut dla zakresu 10-80 proc.
To już nie jest klasyczny wyścig „kto ma większy ekran i więcej ambientu”. Chińscy producenci próbują skrócić postój do poziomu zbliżonego do tankowania, przynajmniej w najlepszym scenariuszu. I choć część tych deklaracji trzeba będzie brutalnie sprawdzić w praktyce, kierunek jest oczywisty: następna wojna technologiczna rozegra się na styku baterii, wysokiego napięcia i infrastruktury.
Europa i reszta świata wciąż żyją głównie ładowarkami 150-350 kW. Chiny już zaczynają rozmawiać językiem megawatów dla aut osobowych. To nie znaczy jeszcze, że za chwilę wszyscy będziemy ładować samochody z mocą 1,5 MW, ale oznacza, że tamtejsi producenci chcą ustawić nowe oczekiwania klienta.
Jeśli Dongfeng dowiezie do tego realne auta i realne stacje, przestanie być tylko tłem dla BYD. A jeśli nie dowiezie, zostanie po nim kolejny slajd z wielką liczbą i małym dopiskiem.
Czy megawatowe ładowanie aut osobowych ma dla Was sens już dziś, czy to jeszcze pokaz możliwości pod rynek chiński, który resztę świata wyprzedza o kilka lat?













Dołącz do dyskusji